Ale ja przecież byłem uczniem świętej pamięci Sikorskiego! Kiedy jeszcze żył, często spierałem się z nim w myśli i w rzeczywistości na temat niebezpieczeństw grożących ludzkości z zewnątrz. Ale z pewną jego tezą trudno mi było dyskutować, zresztą wcale tego nie chciałem.,Jesteśmy pracownikami KOMKONu-2. Wolno nam zyskać opinie obskurantów, mistyków, zabobonnych kretynów. Jednego nam tylko nie wolno — nie doceniać niebezpieczeństwa. I jeśli w naszym domu zapachniało nagle siarką — po prostu musimy założyć, że gdzieś niedaleko pojawił się rogaty diabeł i przedsięwziąć odpowiednie środki, aż do zorganizowania produkcji wody świeconej w skali przemysłowej włącznie”. I jak tylko usłyszałem, że jakaś istota w bieli wieszczy w imieniu Wędrowców, poczułem zapach siarki i ożywiłem się jak stary, bojowy koń na dźwięk trąby.

Odpowiednimi kanałami rozesłałem odpowiednie pytania. Stwierdziłem bez szczególnego zdziwienia, że w słowniku instrukcji, rozporządzeń i planów perspektywicznych naszego KOMKONu-2 nieobecne jest słowo „Wędrowiec”. Odbyłem audiencje w naszych najwyższych instancjach i już zupełnie bez żadnego zdziwienia upewniłem się, że w opinii naszych najważniejszych decydentów problem progresorskiej działalności Wędrowców wobec ludzkości właściwie nie istnieje, został zdjęty z porządku dziennego jako dawno przebyta choroba wieku dziecięcego. Tragedia Lwa Abałkina i Rudolfa Sikorskiego jakimś niepojętym sposobem jakby na zawsze uwolniła Wędrowców od podejrzeń.

Jedynym człowiekiem, u którego mój niepokój wywołał coś w rodzaju współczucia, okazał się Atos-Sidorow, prezydent mojego sektora i mój bezpośredni zwierzchnik. Osobiście wyraził zgodę i potwierdził podpisem zaproponowany przeze mnie temat — „Wizyta starszej pani”. Zezwolił także, abym zorganizował specjalną grupę, dla opracowania tego tematu. Mówiąc wprost, dał mi carte blanche w całej tej sprawie.



6 из 155