
Oleg Olegowicz ożywił się nadzwyczajnie. Uderzał swoimi dłońmi jak łopaty po poręczach fotela, po blacie stołu, rzucał zwycięskie spojrzenia to na Tojwo, to na swoją Zosie i podśmiewając się, wykrzykiwał „Brawo, Kir! Zuch! Zawsze mówiłem, że będą z niego ludzie! A nasza Albina! Niby taka mizerota…” Na to Zosia oznajmiła zapalczywie, że nie ma w tym nic dziwnego, starcy i dzieci są siebie warci… „I pionierzy kosmosu! — wykrzykiwał Oleg Olegowicz. — Nie zapominaj o pionierach kosmosu, najmilsza moja!” Spierali się na wpół poważnie, na wpół żartobliwie, kiedy nagle wydarzył się maleńki incydent.
Oleg Olegowicz, który słuchał swojej najmilszej z uśmiechem od ucha do ucha, nagle uśmiechać się przestał i wyraz radości na jego twarzy ustąpił miejsca wyrazowi zatroskania, jakby coś wstrząsnęło nim do głębi duszy. Tojwo uchwycił jego spojrzenie i zobaczył, że w drzwiach domku nr 7 stoi oparty ramieniem o framugę niepocieszony i rozczarowany Ernst Jurgen, tym razem już nie w skafandrze do łowienia krabów, a w obszernym beżowym garniturze, że w jednej ręce dzierży płaską puszkę piwa, a w drugiej kolosalną kanapkę z czymś czerwono-białym, podnosi do ust na przemian to jedną rękę, to drugą, gryzie i potyka, i patrzy przy tym nieprzerwanie przez plac na drzwi klubu.
— Otóż i Ernst! — zawołała Zosia. — A ty mówiłeś!
— Zwariować można! — wolno powiedział Oleg Olegowicz ciągle z tym samym zatroskanym wyrazem twarzy.
— Ernst, jak widzisz, też się nie przestraszył — powiedziała Zosia nie bez jadu.
— Widzę — zgodził się Oleg Olegowicz.
Coś wiedział o tym Ernście Jurgenie, w żaden sposób nie spodziewał się go tutaj zobaczyć po wczorajszym. Ten Ernst Jurgen nie miał teraz co tu robić, nie miał po co stać na swojej werandzie w Małej Peszy, pijąc piwo i jedząc kraboraki, a powinien najwidoczniej zwiewać teraz gdzie pieprz rośnie, może do siebie na Tytana, a może jeszcze dalej.
