
– Tu jest jeszcze tekst pisany tą samą ręką, jednak dość niedbale i chyba w dużym pośpiechu. Dlatego jest trudno czytelny. – Filolog odchylił się wraz z krzesłem i spojrzał uważnie na swego rozmówcę.
– Obywatelu kapitanie, jeśli pan chce, abym to dokładnie przetłumaczył, muszę znać kontekst i okoliczności.
Baniak zapatrzył się w okno, skąd już raz zstąpiło na niego natchnienie.
Teraz jednak nie szukał inspiracji do podjęcia właściwej decyzji, wiedział, jak ma postąpić, czytał już w aktach Hartnera o jego chorobliwej niechęci opuszczania prapolskiego miasta nad Odrą i znał sposób na złamanie jego oporów przed współpracą z UB.
Wystarczyło jedno jego słowo, jeden telefon do właściwego człowieka, urzędującego kilka korytarzy dalej, by Hartner znalazł się w miejscu – w przekonaniu Baniaka – dla siebie odpowiednim, a mianowicie na Syberii, gdzie niemieccy jeńcy wojenni pracowali przy wyrębie tajgi.
Nie o to chodziło Baniakowi, kiedy wytrzeszczał oczy na poniemiecką kamienicę, w której niegdyś mieściło się towarzystwo kredytowe, o czym informował wytarty napis „Credit – Anstalt”, przebijający spod łuszczącej się farby, kapitan UB myślał tylko o jednym: co oznacza słowo „kontekst”.
W końcu nie wytrzymał i wrzasnął do Hartnera: – Przestańcie mi tu pierdolić za uszami i mówcie, co chcecie wiedzieć!
Ale już!
– Co to za list? Gdzie go znaleziono? Muszę to wszystko wiedzieć, zanim przetłumaczę to ostatnie zdanie.
To zdanie może być kluczowe.
– Wisz, co ci zrobię, Marcinku, jak piśniesz słowo na temat tego, co tera ci powiem? – Baniak pociągnął nosem, zamknął okno i rozsiadł się wygodnie. – Wyjedziesz stąd daleko, oj, daleko.
– Nie pisnę słowa – Hartner przypomniał sobie ojca, z którym w latach trzydziestych spacerował po wrocławskim Rynku i który obiecywał wspólne piwo w „Piwnicy Świdnickiej”, kiedy Manfred osiągnie pełnoletność.
– Dobra, poznasz to, co tu jest – Baniak stuknął mocno palcem w teczkę.
