
– Boję się spojrzeć przez wizjer, Ebbo. Może to Ruscy.
– Nie, to nie Ruscy.
Nie mieszkamy przecież na linii frontu.
– Włożył maskę, szlafmycę i owinął się szlafrokiem jak zbroją.
Podszedł do drzwi, zabierając po drodze walthera w kaburze, który zawsze wisiał w przedpokoju.
Kiedy przyłożył oko do wizjera, drzwiami wstrząsnęły kolejne uderzenia.
Otworzył drzwi i powiedział do Karen: – Nie bój się, ten człowiek cię nie zgwałci.
W odróżnieniu od Russów nie siada na wszystko, co się rusza.
– Zobaczył łzy pojawiające się w oczach Karen i krzyknął, kiedy już uciekała do zwolnionej przez niego łazienki.
– Naprawdę nie chciałem cię teraz urazić!
– Teraz?
Powiedziałeś: teraz? – zapytał stary mężczyzna stojący na progu.
Był ubrany w wytarty kolejarski szyneli czapkę ze złamanym daszkiem.
Czuć było od niego alkohol.
– Tymnie, gnoju jeden, dwadzieścia lat temu obraziłeś, kiedy zaniechałeś śledztwa w sprawie śmierci mojego Erwina!
– Bądź dokładny, jeszcze nie minęło dwadzieścia lat – mruknął Eberhard Mock, wpuszczając do mieszkania swojego starszego brata Franza.
BRESLAU, CZWARTEK 15 MARCA 1945 ROKU,
KWADRANS NA SIÓDMĄ RANO
Marta Goczoll, stara służąca Mocków, z niechęcią rozpakowywała na polecenie swego chlebodawcy pudło z porcelanową zastawą mannheimską.
Jeszcze wczoraj wieczorem owijała w pakuły filiżanki i wkładała je do kartonowego pudła na rozkaz swej chlebodawczyni.
Mogliby się w końcu umówić, myślała z rozdrażnieniem, co zrobią z tą porcelaną.
A tak pakuj, człowieku, wieczorem, kiedy pani płacze, że trzeba uciekać, rozpakowuj rano, kiedy pan chce kawy! I idź jeszcze do pracy! A jakże!
Służąca Marta postawiła przed panem i przed jego bratem filiżanki z charakterystycznym czerwonym stemplem R.P.M. Napełniła je pachnącą kawą zbożową.
