London ani drgnął Gosse wstał, zdjął słuchawki, podszedł do kartografu i jak roletę ściągnął wielką mapę północnej półkuli Tytana. Wskazał dwie grube krechy, wygięte przebiegiem na żółto-liliowym tle, pociętym liniami warstwie.

— Jesteśmy tutaj. Po prostej do Graala sto dziesięć mil. Tą starą marszrutą, czarną, sto czterdzieści sześć. Straciliśmy na niej czterech ludzi, kiedy Graal się betonował i jedyne lądowisko było u nas. Wtedy używało się pedypulatorów na dieslach, napędzanych hypergolami. Jak na tutejsze warunki, pogoda stała śliczna. Dwie partie maszyn doszły do Graala bez szwanku. A potem w jednym dniu przepadły cztery wielkochody. We Wielkiej Depresji. Na tym zakreskowanym kółku. Bez śladu.

— Wiem — zauważył pilot. — Uczyłem się tego. Znam nazwiska tych ludzi.

Gosse dotknął palcem miejsca, w którym od czarnego szlaku na południe wykreślono czerwony obchód.

— Przedłużyło się drogę, ale nikt nie wiedział, jak daleko sięga zdradliwy teren. Geologów tam rzucono. Można było posłać dentystów. Też znawcy dziur. Na żadnej planecie nie ma chodzących gejzerów, a tu są. To niebieskie na północy to Mare Hynicum. My i Graal jesteśmy w głębi lądu. Ale to nie jest żaden ląd. To gąbka. Mare Hynicum nie zalewa depresji między nami i Graalem, bo cały brzeg jest płaskowyżem. Geologowie uznali ten tak zwany kontynent za podobny do bałtyckiej tarczy fennoskandii.

— Pomylili się — wtrącił pilot. Zanosiło się na wykład. Postawił hełm w kącie i, rozparty na krześle, złożył ręce jak grzeczny uczeń. Nie wiedział, czy Gosse chce go zapoznać z marszrutą, czy od niej odstraszyć, ale sytuacja dość mu smakowała.

— Ano właśnie. Pod skałami leży hydrokarbonowa marzłoć. Paskudztwo wykryte przy głębokich nawiertach.

Wieczny lód, fałszywy, z polimerów węglowodorowych.



9 из 111