
Tylne koła ciężarówki dotknęły ziemi pierwsze, w chwile potem uderzyły o grunt przednie. Silny wstrząs rozrzucił ich na wszystkie strony. Jaskrawe światło słoneczne wlało się do środka przez otwarty tył wozu, oślepiając wszystkich. Świeża bryza niosła odgłosy dalekiego przypływu.
— A niech to jasna cholera i jeszcze raz jasna cholera — mruknął Amory Blestead.
Szarość na zewnątrz zniknęła zupełnie — jej miejsce zajął kamienisty brzeg, o który rozbijały się fale oceanu. Krawędzie płóciennej plandeki ograniczały widoczność, upodabniając obraz do gigantycznego ekranu kinowego. Nisko nad wodą przelatywały skrzeczące mewy, a dwie zaniepokojone foki parsknęły i rzuciły się do wody.
— Nie przypominam sobie takiej okolicy w Kalifornii — powiedział Barney.
— To nie Kalifornia, jesteśmy w Starym Świecie — odparł z dumą profesor Hewett — a dokładniej — na Orkneyach. Istniały tu liczne osady normańskie. Jesteśmy w XI stuleciu, w roku 1003. Bez wątpienia dziwi pana fakt, że Vremiatron jest w stanie dokonywać przemieszczeń nie tylko w czasie, ale i w przestrzeni, jest to jednak pochodną…
— Odkąd Hoover wygrał wybory, nic już nie jest w stanie mnie zdziwić — przerwał mu Barney: Poczuł, że teraz, kiedy już przybyli dokądś i do kiedyś, odzyskuje stopniowo zdolność kontroli zarówno nad sobą, jak i nad biegiem wypadków.
— No to zaczynamy! Dallas, zroluj z przodu plandekę. Musimy widzieć, dokąd jedziemy.
Po usunięciu przedniej części brezentowej pokrywy ujrzeli kamienistą plaże, a raczej wąską mieliznę miedzy wodą, a rozciągającym się półkoliście wysokim, klifowym brzegiem. Jakieś pół mili od nich w morze wrzynał się przylądek, zasłaniając zupełnie dalszy widok.
— Ruszamy wzdłuż brzegu — zawołał Barney z tyłu ciężarówki. — Spróbujmy zobaczyć, co słychać tam dalej.
