
— Nie może być, a ty to nie? Chodź tu, koleś, znamy się na takich. Chłop jak dąb — jajka jak żołędzie.
— Trzeba go zapakować — stwierdził Dallas, który wychynął właśnie zza ciężarówki i wymachiwał nad głową lassem. — Profesor trzęsie się o ten swój śmietnik i chce wracać.
— Dobra, zaraz go dostarczę.
Tex rzucił w stronę Wikinga paroma wyzwiskami, popularnymi w środowisku zbliżonym do Korpusu Piechoty Morskiej, lecz nie udało mu się przełamać dzielącej ich bariery językowej. Uciekł się zatem do uniwersalnego języka gestów, który opanował był za młodu. Pełnymi ekspresji ruchami rąk i palców określił go jako rogacza, kastrata, przypisał mu nieco plugawych nawyków, kończąc Obelgą Ostateczną — uderzył lewą ręką w biceps prawej, co spowodowało raptowny wzlot prawej pieści ku niebu. Co najmniej jeden, a być może i więcej tych gestów musiało szczycić się genealogią sięgającą czasów poprzedzających jedenaste stulecie, bowiem Wiking ryknął wściekle i słaniając się poderwał na równe nogi. Tex, pomimo iż przypominał karta stawiającego czoła szarżującemu gigantowi, stał spokojnie w miejscu. Wojownik wzniósł topór, lecz ciśnięty przez Dallasa arkan wyrwał mu go z rąk. W tym momencie Tex szybkim rzutem całego ciała zwalił go z nóg. W chwili, gdy Wiking z głuchym łomotem runął na ziemię, obydwaj siedzieli mu już na karku — Tex obezwładniał go podwójnym nelsonem, a Dallas wiązał ciasno, gwałtownie wymachując sznurem. Kilka sekund później Wiking był całkowicie bezradny i z rękoma i nogami związanymi razem z tyłu, za plecami, wył bezsilnie, zaś obaj kaskaderzy wlekli go po kamieniach w strona samochodu. Tex niósł także topór, a Dallas tarczę.
