
Grom runął nagle i zdało się, że huk wstrząsnął samymi podstawami góry. Grzmot przemknął przez niebo i zginął gdzieś na wschodzie, a jego echo długo jeszcze błąkało się między horyzontami. Ten odgłos nie zapowiadał deszczu i nikt nie dałby się już na to nabrać. Zgodnie z decyzją Urzędu Kontroli Monsunów, opady miały nadejść dopiero za trzy tygodnie, a Urząd nie mylił się nigdy o więcej niż dwadzieścia cztery godziny. Gdy huk ucichł wreszcie, Mahanayake odwrócił się do swego towarzysza.
— I to by było na tyle, jeśli chodzi o drogę lądowania — rzekł, okazując o wiele więcej wzburzenia niż przystoi przedstawicielowi Dharmy. — Jak odczyty?
Młodszy mnich powiedział kilka słów do naręcznego mikrofonu i poczekał na odpowiedź.
— Szczyt sto dwadzieścia. Pięć decybeli więcej, niż przy poprzednim zapisie.
— Wysłać zwykły protest do Centrum Kennedy’ego lub Centrum Gagarina, które tam jest za to odpowiedzialne. Albo do obu. Chociaż to i tak nic nie da.
Spojrzał na rozpraszającą się z wolna białą smugę kondensacyjną przecinającą niebo na dwoje. Bodhidharma Mahanayake Thero, osiemdziesiąty piąty tego imienia, pomyślał nagle o czymś, co powinno być obce mnichowi. Kalidasa z pewnością znalazłby jakiś sposób na tych fachowców od kosmosu, którzy myśleli tylko o tym, ile dolarów kosztuje wysłanie kilograma masy na orbitę… Może by ich wbił na pal, może rzucił na pastwę obutych w metalowe łapcie słoni, może skąpał we wrzącym oleju…
Ale cóż, wiadomo, że dwa tysiące lat temu życie było o wiele łatwiejsze.
