
Z kuchni rozległo się terkotanie budzika przy elektrycznej kuchni. Ciotka pogalopowała ratować baraninę z brokułami. Jupiter Jones z dziesięciodolarówką w garści ruszył do Kwatery Głównej. Przyczepa kempingowa stała na końcu placu zawalonego metalowym złomem. I starymi meblami do renowacji.
– Bob – powiedział ponuro – idziesz do wróżki. Możliwe, że chodziła z ciotką Matyldą na kurs gotowania.
Bob spojrzał na przyjaciela z lekkim przerażeniem.
– A jak mi powie prawdę?
– O czym? – Jupiter wybałuszył oczy.
– O mnie! Że czasem kłamię, włamuję się do policyjnego komputera i podrobiłem w szkole, podpis belfra w dzienniczku?
– Bob! Kiedy to było? – jęknął Pierwszy Detektyw. – Jak miałeś jedenaście lat! A kto z nas nie podrabiał podpisu? Wszyscy, Bob! No… może poza Vanessą. Idziesz do wróżki. Przyjrzysz się dokładnie, jak mieszka, co stoi w pokoju. Ile jest drzwi i okien. Jakie zabezpieczenie…
Bob siedział z nieszczęśliwą miną.
– Chcesz powiedzieć, że włamiesz się do seńory Montez?
Jupiter odwrócił wzrok. Wiedział, że Bob jest niepoprawnym legalistą. No… poza tym, co wyczynia w komputerze. Ale zawód detektywa zobowiązuje. Także do działań na pograniczu prawa. Dlatego przeważnie wyprzedzali nierychliwą policję.
– Tylko w przypadku, gdyby trzeba było zajrzeć do spisu tych… no, pacjentów.
– Chyba klientów, Jupe. O ile ma. Taki spis, naturalnie. Podrzucisz mnie? To jest na końcu świata. I może… trzeba się zapisać?
Jupiter Jones całkiem poważnie skinął głową. Natychmiast zadzwonił. Numer był obok adresu.
– Pani Montez? Clarissa Montez? Mówi Rothschild. No… nie, nie ten milioner. Jego wnuk. Też bogaty. Chodzi o przyjaciela… właśnie. Miał problemy. Jakie? Przecież to pani jest wróżką! No… dalej ma kłopoty. Ho, ho! A jakie jeszcze go czekają! Czy może przyjechać? Zaraz? Tak. Dziękuję. Dziadek dobrze się trzyma. Właśnie trysnęło mu trzynaste źródło ropy w Teksasie – odłożył słuchawkę, wydmuchując powietrze z płuc.
