
Najpierw sam ruszył do tego miejsca. Słuch miał wyczulony. Teraz jeszcze bardziej nastawiał uszu, starając się przeniknąć westchnienia wiatru i skrzypienie już obciążonych gałęzi. Stąd w dół prowadziła stroma ścieżka. Za nią na pochyłym stoku wznosiło się skalne rumowisko, pełne ciężkich obluzowanych kamieni. Bardzo nieliczni porywali się na wspinaczkę w tym miejscu. Nie wpuszczano tutaj amatorów jazdy konnej właściciele stajni nie chcieli, żeby gospodynie domowe, stanowiące ich główną klientelę, łamały sobie karki.
Rok wcześniej akurat to miejsce zaciekawiło go dostatecznie, żeby tam wejść. Odpoczywał na głazie, ręka mu się ześliznęła i wyczuł otwór za skałą. Nie wylot jaskini, ale naturalny przesmyk przypominający wejście. Już wtedy przyszło mu do głowy, że to wspaniałe miejsce, żeby coś ukryć.
Wspinaczka po zlodowaciałym śniegu była wyczerpująca, ślizgał się i obsuwał, ale wreszcie dotarł do celu. Szczelina wciąż tam była, trochę mniejsza niż pamiętał, ale mogła pomieścić ciało. Następny krok był najgorszy. Wracając do samochodu, musiał zachować największą ostrożność, żeby nikt go nie zauważył. Zaparkował pod takim kątem, że żaden przypadkowy przybysz nie mógł dokładnie zobaczyć, co wyciągał z bagażnika. Zresztą czarna plastikowa torba sama w sobie nie powinna wzbudzać podejrzeń.
Za życia Ethel była zwodniczo smukła, lecz kiedy dźwignął trupa w plastikowym całunie, uświadomił sobie, że te kosztowne stroje ukrywały masywny kościec. Próbował zarzucić sobie worek na ramię, ale w ciele Ethel, równie przekornej po śmierci jak za życia, najwyraźniej rozpoczął się już proces rigor mortis. Zwłoki nie chciały ułożyć się w dogodnej pozycji. W końcu na wpół zaniósł, na wpół zawlókł worek aż do podnóża stoku, a dalej czysta adrenalina pomogła mu wciągnąć ciężar po stromych, śliskich skałach.
