
Szosa była oblodzona, zaczynał się poranny ruch, ale za kilka godzin kierowca powróci do Nowego Jorku, do rzeczywistego, normalnego życia. Zatrzymał się po raz ostatni nad zapamiętanym z wcześniejszych podróży jeziorem, niezbyt odległym od autostrady, obecnie zbyt zanieczyszczonym dla wędkarzy. Dobre miejsce, żeby wyrzucić torebkę i bagaże Ethel. Jezioro było głębokie, a wszystkie cztery walizki ciężkie. Wiedział, że zatoną i utkną w zwałach śmieci spoczywających na dnie. Ludzie topili tam nawet stare samochody.
Rzucił rzeczy Ethel jak najdalej i patrzył, gdy znikały w ciemnoszarej wodzie. Teraz pozostało mu tylko pozbyć się wystrzępionego, zakrwawionego plastiku. Postanowił zatrzymać się obok pojemnika na śmieci przy wyjeździe z West Side Highway. Worek zniknie w górze śmieci wywożonych każdego ranka.
Powrót do miasta zabrał mu trzy godziny. Jazda zrobiła się niebezpieczna, starał się jednak zachowywać dystans do innych samochodów. Nie potrzebował wgiętego zderzaka. Przez następne miesiące nie wolno mu się zdradzić, że dzisiaj wyjeżdżał z miasta.
Wszystko poszło zgodnie z planem. Na ułamek sekundy przystanął na Dziewiątej Alei i wyrzucił plastikowy worek.
O ósmej odstawił auto z powrotem na stację benzynową przy Dziesiątej Alei, gdzie również wypożyczano stare samochody. Tylko za gotówkę. Wiedział, że nie prowadzą księgowości.
O dziewiątej, odświeżony prysznicem i przebrany, siedział w swoim mieszkaniu, popijając czystego burbona i próbując opanować nagły atak lodowatej paniki. W myślach odtwarzał każdą chwilę, która upłynęła, odkąd wczoraj stał w mieszkaniu Ethel i wysłuchiwał jej drwin, szyderstw i pogróżek.
A potem już wiedziała. Zabytkowy sztylet z jej biurka w jego dłoni. Oczy Ethel pełne strachu, gdy zaczęła się cofać.
Radość poderżnięcia jej gardła, patrzenia, jak kobieta zatacza się do tyłu przez łukowate drzwi kuchni i pada na kafelkową podłogę.
