
Peter nagle uśmiechnął się i klasnął w ręce, jakby czymś ucieszony.
— Chodź, pobawimy się w robali i astronautów.
— Gdzie mama? — spytała Valentine.
— Wyszła. Teraz ja jestem szefem — odparł Peter.
— Chyba zadzwonię do taty.
— Dzwoń sobie. Wiesz, że nigdy go nie ma.
— Zagram — powiedział Ender.
— Będziesz robalem — oświadczył Peter.
— Może chociaż raz pozwolisz mu być astronautą — wtrąciła Valentine.
— Nie pchaj nosa w nie swoje sprawy, skarżypyto — przerwał jej Peter. — Chodź na górę, wybierzemy broń.
Ender wiedział, że nie będzie to dobra zabawa. Problem nie polegał na tym, kto wygra. Kiedy chłopaki grały na korytarzach, całymi grupami, robale nigdy nie wygrywały i czasem walka szła na ostro. Ale tutaj, w mieszkaniu, gra zacznie się ostro i robal nie będzie mógł się zwyczajnie wycofać i odejść, jak zrobiły robale w prawdziwej wojnie. Robal musiał grać, póki astronautą nie uzna, że wystarczy.
Peter otworzył dolną szufladę i wyjął maskę robala. Matka była zła, kiedy ją kupił, ale tata powiedział, że wojna nie zniknie, gdy ukryje się maski robali i zabroni dzieciom bawić się zabawkowymi pistoletami laserowymi. Lepiej już rozgrywać te gry wojenne i mieć większą szansę przeżycia, gdyby robale nadleciały znowu.
Jeżeli przeżyję tę grę, pomyślał Ender. Założył maskę. Zamknęła go niby dłoń przyciśnięta do twarzy. Ale to nie jest prawdziwe bycie robalem. One nie noszą takiej twarzy jak maski, to jest ich twarz. Ciekawe, czy na swojej planecie robale zakładają maski ludzi i też się bawią? Jak nas wtedy nazywają? Mięczakami, bo w porównaniu z nimi człowiek jest taki miękki i śliski?
— Pilnuj się, Mięczaku — rzucił Ender.
Ledwo widział brata przez wycięte otwory. Peter uśmiechał się.
— Mięczaku, co? No dobra, robalu-brzydalu, zobaczymy, czy można ci rozwalić to twoje ryło.
