Gdy podszedł bliżej, spostrzegła, że mężczyzna niesie długi i wąski przedmiot. Trzymał go za rączkę. Może to worek marynarski?

Stał już przy drzwiach jej wozu. W świetle błyskawicy przed oczami Joan mignął metal. Poznała podobny do łańcucha mechanizm wokół ostrza. Chyba wzrok ją myli. To jakiś żart. Tak, żart. Po co przynosiłby piłę łańcuchową?

Potem zobaczyła jego twarz.

Za zasłoną równo padającego deszczu i w świetle błyskawic twarz mężczyzny była posępna i złowroga. Patrzył na nią spod kapelusza. Miał wściekłą minę i przeszywający wzrok, który mimo zalanej szyby nie pozwolił Joan opuścić oczu. Coś się stało, coś przerażającego. Mężczyzna wyglądał jak obłąkany.

Wpadła w panikę, jej myśli uległy kompletnemu rozproszeniu. A on tkwił przy jej drzwiach i patrzył. Podskoczyła na dźwięk grzmotu, jakby ktoś poddał ją wstrząsom elektrycznym. Instynktownie wyciągnęła ręce w stronę zamka. Szukała po omacku, a serce waliło jej jak oszalałe. A może to kolejny grzmot? Naciskała, pchała, wbijała paznokcie w przyciski. Szyba zjechała w dół z cichym świstem. Zły przycisk – przeklęty wynajęty wóz. Zaczęła znowu naciskać.

O Jezu, za późno.

Mężczyzna otwierał drzwi. Szum silnika towarzyszył szumowi deszczu. Ten wkurzający szmer ostrzegał ją, że kluczyki są nadal w stacyjce.

– Dobry wieczór, Joan – powiedział jak zwykle łagodnie, za to z grymasem gniewu na twarzy, co tylko potwierdzało, że kompletnie stracił rozum.

To właśnie wtedy Joan Begley uświadomiła sobie, że nikt nie usłyszy jej krzyków. Nikt nie usłyszy jej ostatniego krzyku.

ROZDZIAŁ DRUGI

Poniedziałek, 15 września

Wallingford, Connecticut


Luc Racine udawał, że to tylko gra. Dwa miesiące temu tak to się właśnie zaczęło. Głupie zgadywanki, w które grał sam ze sobą. Teraz, stojąc w skarpetkach na końcu podjazdu, patrzył na zafoliowaną gazetę, która leżała na ziemi, jak gdyby ktoś dla kawału podrzucił mu bombę zegarową. A jeśli to nastąpi właśnie dzisiaj? A jeśli dziś się pomylił? Co by to znaczyło, do diaska?



7 из 199