
W moim mieszkaniu jest tylko jedna sypialnia. Mówiono mi, że z apartamentu rozciąga się wspaniały widok na leżący nieopodal park. Ja tego nie potwierdzę. Gdybym miała wybór, w ogóle nie byłoby tu okien. Radzę sobie jakoś, zaciągając grube, ciężkie zasłony, dzięki którym w mieszkaniu nawet w słoneczne popołudnie panuje chłodny zmierzch.
Włączyłam cicho radio, by zagłuszyć odgłosy moich sąsiadów prowadzących dzienny tryb życia. Sen ogarnął mnie przy wtórze delikatnej muzyki Chopina. W minutę później zadzwonił telefon.
Leżałam tak przez chwilę, przeklinając samą siebie, że zapomniałam uruchomić automatyczną sekretarkę.
A może zignorować ten dźwięk? Pięć sygnałów później spasowałam.
– Halo.
– Och, wybacz. Obudziłam cię?
To jakaś nieznajoma. Jeśli zechce zaoferować mi zakup jakiegoś produktu, naprawdę mocno się wkurzę.
– Kto mówi? – Zerknęłam na zegarek przy łóżku. Ósma rano. Spałam tylko dwie godziny. Ale ekstra.
– Nazywam się Monica Vespucci. – Powiedziała to tak, jakby wszelkie inne wyjaśnienia były zbędne. Nie były.
– Tak. – Starałam się powiedzieć to przyjaźnie i zachęcająco. Chyba raczej wyszło mi coś zbliżonego do warknięcia.
– Ojej. No tak. Ja… ee… tego… pracuję z Catherine Maison.
Skuliłam się nad słuchawką i spróbowałam zmusić swój umysł do działania. Po dwóch godzinach snu nie funkcjonuję najlepiej. Catherine była moją przyjaciółką, jej nazwisko wiele mi mówiło. Zapewne wspomniała mi o tej kobiecie, ale nie byłam w stanie nijak jej sobie skojarzyć.
– Jasne, Monico, naturalnie. Czego chcesz? – Nawet jak dla mnie te słowa zabrzmiały opryskliwie. – Przepraszam, że jestem taka szorstka, ale o szóstej skończyłam pracę…
