
Spojrzała na słońce, sunące coraz wyżej po niebie, i wolno wróciła na brzeg. Z łatwością wspięła się na skały, na których leżała koszula nocna. Wciągnęła ją przez głowę, materiał przylgnął do wilgotnej skóry. Burza włosów opadła na ramiona dziewczyny. Crystal wiedziała, że czas wracać, bo o tej porze wszyscy będą już wściekli. Matka na pewno się poskarżyła ojcu. A przecież wczoraj Crystal pomagała przy pieczeniu dwudziestu czterech szarlotek, zrobiła chleb, sprawiła kurczaki, pomogła przy gotowaniu siedmiu szynek i nadziewaniu dojrzałych pomidorów bazylią i orzechami włoskimi. Wykonała przypadającą na nią część obowiązków i wiedziała, że nie zostało już nic do zrobienia. Mogli się tylko denerwować, wchodzić sobie nawzajem w drogę i słuchać, jak Becky wydziera się na brata. Miała masę czasu, by wziąć prysznic, ubrać się i na jedenastą zdążyć do kościoła. Nie była potrzebna, tylko im się zdawało, że jej potrzebują. Wolała włóczyć się po polach i brodzić w strumieniu w porannym słońcu. Powietrze nagrzało się i wietrzyk ucichł. Zapowiadał się piękny dzień.
W oddali ujrzała dom i usłyszała głos babki, nawołującej ją głośno z ganku.
– Cryyyy…staaaa…l!
Wydawało się, że jej imię rozbrzmiewa zewsząd. Roześmiała się i pobiegła w stronę domu. Przypominała długonogie dziecko z rozwianymi włosami.
– Crystal!
Kiedy dobiegła do domu, babka wciąż stała na ganku. Babcia Minerva miała na sobie czarną suknię, którą wkładała zawsze, gdy robiła coś w kuchni, i czysty, biały fartuch.
