
W końcu cofnął głowę, zdając sobie sprawę, że pragnie o wiele więcej, niż może tej nocy prosić.
– Chodź ze mną – wyszeptał.
Uniosła dłoń do ust.
Znów wziął ją za rękę i pociągnął do okna.
– Robercie, jest środek nocy.
– To najlepsza chwila do spotkania sam na sam.
– Ale… Ale ja jestem w nocnej koszuli! – Spojrzała na siebie, jakby dopiero w tej chwili zdała sobie sprawę z niestosowności swojego stroju. Spróbowała okryć się kołdrą.
Robert robił, co mógł, żeby zachować powagę.
– Załóż płaszcz – polecił łagodnym tonem. – I pośpiesz się. Mamy tej nocy wiele do zobaczenia.
Victoria wahała się nie dłużej niż sekundę. Postępowała niewłaściwie, ale wiedziała, że jeżeli teraz zamknie okno, przez resztę życia będzie się zastanawiać, co by mogło się wydarzyć tej księżycowej nocy.
Zeszła z łóżka i wyciągnęła z szafy długi ciemny płaszcz. Był zdecydowanie za gruby na ciepłą pogodę, ale przecież nie mogła włóczyć się po polach w nocnej koszuli. Zapięła płaszcz, wspięła się na łóżko i z pomocą Roberta wyszła przez okno.
Powietrze było orzeźwiające i przepełnione wonią wiciokrzewu, ale nie miała czasu delektować się zapachami, bo Robert pociągnął ją za rękę i zaczęli biec. Ogarnęła ją euforia, gdy mknęli przez łąki do lasu. Jeszcze nigdy nie czuła się tak wolna i pełna ochoty do życia. Chciała wykrzyczeć drzewom swą radość, ale pamiętała o otwartym oknie w sypialni ojca.
Po kilku minutach dotarli do niewielkiej polanki. Robert zatrzymał się nagle i Victoria na niego wpadła. Przytrzymał ją mocno, przylegając do niej całym ciałem.
– Torie – powiedział. – O, Torie.
Raz jeszcze ją pocałował. Pocałował tak, jakby była jedyną kobietą na świecie, jakby po ziemi nie stąpała żadna inna.
Gdy wreszcie oderwali się od siebie, w ciemnych oczach dziewczyny pojawił się niepokój.
– To się dzieje tak szybko. Chyba tego nie rozumiem.
