
Jeżeli miał jakieś wątpliwości co do tego, że stojąca przed nim kobieta jest ideałem, to rozwiały się pod wpływem jej uśmiechu i poczucia humoru.
– Naturalnie, panno Mam Spory Kłopot. Nie powinienem być tak nieuprzejmy i skracać pani nazwiska. – Pociągnął ją za rękę w stronę brzegu. – Usiądźmy na chwilę.
Zawahała się.
– Moja matka, świeć, Panie, nad jej duszą, umarła trzy lata temu, ale przypuszczam, że odradzałaby mi ten pomysł. Pan wygląda na uwodziciela.
Zaintrygowała go.
– A pani zna uwodzicieli?
– Oczywiście nie znam żadnego. Ale gdybym znała, to na pewno wyglądałby tak jak pan.
– A to dlaczego? Zrobiła chytrą minkę.
– Czyżbyś, mój panie, domagał się komplementów?
– Jak najbardziej. – Uśmiechnął się, usiadł i poklepał miejsce obok siebie. – Nie ma się czego obawiać. Moja reputacja nie przedstawia się w aż tak czarnych barwach.
Raczej w odcieniach szarości.
Znów się zaśmiała, a Robert pod jej wpływem poczuł się jak władca świata.
– Tak naprawdę nazywam się panna Lyndon – powiedziała, siadając obok niego.
Pochylił się do tyłu i podparł na łokciach.
– Panna Lyndon Mam Spory Kłopot, jak mniemam.
– Na pewno mój ojciec tak uważa – odpowiedziała wesoło. Nagle spoważniała. – Muszę już iść. Gdyby tato zobaczył mnie tu z panem…
– Bzdura. – Robert nagle gorąco zapragnął zatrzymać ją przy sobie. – Nikogo tu nie ma.
Usiadła z powrotem, ale nadal była trochę niepewna.
– Naprawdę nazywa się pan Robert? – zapytała po długiej przerwie.
– Naprawdę.
– Przypuszczam, że syn markiza ma wiele imion.
– Niestety. Westchnęła pociesznie.
– O, ja biedulka! Mam tylko dwa.
– Jakie?
Odwróciła się w jego stronę i posłała wyraźnie zalotne spojrzenie. Poczuł się wniebowzięty.
– Victoria Mary – odpowiedziała. – A pan? Jeśli wolno spytać.
