
– Byłoby strasznie głupio, gdyby się wydało, że tylko udajemy – mruknęła Thea, jakby kontynuując na głos rozmowę prowadzoną w myślach.
– Pewnie, ale inaczej trzeba będzie spędzić cale wakacje, kombinując, jak się wykręcić od kolejnego wspólnego obiadu.
– I jak wytłumaczyć, czemu nie mam faceta – dodała ponuro.
Znowu zapadła cisza.
– Naprawdę sądzisz, że dałoby się ich nabrać? – spytała Thea.
– Czemu miałoby się nie udać?
– Musielibyśmy udawać zakochanych.
– No, musielibyśmy.
Spojrzeli na siebie i jednocześnie odwrócili wzrok.
– Właściwie nie jest to chyba aż taki wielki problem – rzekła, starając się przekonać samą siebie. – Nawet gdybyśmy naprawdę byli parą, nie całowalibyśmy się namiętnie przy wszystkich.
– Pewnie, że nie. – Odchrząknął. – Ale od czasu do czasu musiałbym cię objąć albo coś. Nie masz nic przeciw temu?
Thea wzruszyła ramionami, by ukryć nagły dreszcz.
– Jakoś to zniosę – rzuciła z udawaną nonszalancją. Nie, nie miała nic przeciw temu. Nawet była za.
– To co robimy?
– Jeśli jesteś zdecydowany, to ja też.
– Na pewno?
– Tak. W końcu to niewinne łgarstwo, nawet jeśli się wyda, nikomu nie będzie przykro. Chyba, że jest jakaś dziewczyna…? – zawiesiła głos.
– Nie, nie ma. A czy jest jakiś facet, który może się znienacka zjawić i zrobić scenę zazdrości?
Próbowała sobie wyobrazić Harry’ego, który mierzy Rhysa wściekłym spojrzeniem, widząc w nim rywala. Nie udało jej się. Harry w ogóle nie okazywał zazdrości o nią.
– Nie, nie zrobi tego. Rhys milczał przez chwilę.
– Czyli jednak masz chłopaka?
– Nie jestem pewna.
– Jak możesz nie być pewna? – spytał z niebotycznym zdumieniem.
Westchnęła, machinalnie powiodła palcem wzdłuż brzegu pustej już szklaneczki.
