
Przecież plastikowy pasek był biały, a nie błękitny. Biały!
Powoli wydarzenia tamtej nocy ułożyły mu się w jedną spójną całość. To dziwne, jak jeden fakt może wszystko uporządkować.
Gwałtownie wstał od stołu mrucząc „Przepraszam!”. Opuszczenie stołu przed kapitanem było naruszeniem etykiety, ale dla Birona nie miało to w tej chwili najmniejszego znaczenia.
Pospieszył do swojego pokoju. Wbiegał na schody, nie czekając na zerograwitacyjne windy. Zamknął za sobą drzwi i szybko przeszukał łazienkę i wbudowane w ścianę szafy. Nie liczył, że coś znajdzie. To, co zaplanowali, musieli zrobić wiele godzin temu.
Ostrożnie przejrzał bagaże. Odwalili kawał porządnej roboty.
Nie zostawiając śladów, zabrali jego dokumenty, listy od ojca i list polecający do Hinrika z Rhodii.
A więc to była przyczyna przenosin. Nie interesowała ich ani stara, ani nowa kabina tylko sam proces przeprowadzki. Godzinę mogli legalnie — na przestrzeń, legalnie! — przeglądać jego bagaże i zrobić z nimi, co chcieli.
Biron usiadł na podwójnym łóżku i myślał intensywnie, nic to Jednak nie dało. Pułapka była bezbłędna. Wszystko zostało zaplanowane. Gdyby nie całkowicie nieprzewidywalne, przypadkowe zrządzenie losu, przez które zostawił tamtej nocy w sypialni zegarek, nigdy by się nie domyślił, jak wielką siecią agentów dysponują Tyrannejczycy. U drzwi zadźwięczał dzwonek.
— Proszę.
Wszedł steward i powiedział uprzejmie:
— Kapitan pyta, czy może coś dla pana zrobić. Wstając od stołu wyglądał pan na chorego.
— Czuję się bardzo dobrze — odpowiedział Biron.
