
Biron wybiegł na zewnątrz z szeroko rozłożonymi ramionami.
— Nie wchodźcie! — krzyknął. — Na miłość Ziemi, nie wchodźcie! Tu jest bomba radiacyjna.
Zobaczył dwóch mężczyzn. Jeden to był Jonti. W drugim, częściowo tylko ubranym, rozpoznał Esbaka, kierownika hotelu.
— Bomba radiacyjna? — wyjąkał kierownik. A Jonti spytał:
— Jakiej wielkości?
Blaster, wciąż tkwiący w jego rękach, kontrastował z eleganckim nawet o tej porze nocy strojem.
Biron mógł tylko pokazać rękami przybliżony rozmiar.
— W porządku — powiedział Jonti. Wyglądał na spokojnego, kiedy zwracał się do swego towarzysza. — Lepiej ewakuujcie pokoje w tym sektorze. A jeśli macie gdzieś na terenie uniwersytetu arkusze blachy ołowianej, wyłóżcie nimi korytarz. I nie wpuszczałbym tutaj nikogo przed rankiem.
Zwrócił się do Birona.
— Prawdopodobnie ma zasięg rażenia cztery do sześciu metrów. Jak się tu znalazła?
— Nie wiem — odpowiedział Biron. Podrapał się w głowę. — Jeśli nie masz nic przeciwko temu, chciałbym gdzieś usiąść.
Spojrzał na rękę i zorientował się, że jego zegarek został w pokoju. Odczuł nieodpartą ochotę, aby po niego wrócić. Trwała ewakuacja. Studenci pospiesznie opuszczali pokoje.
— Chodź — powiedział Jonti. — Myślę, że rzeczywiście powinieneś usiąść.
— Co cię sprowadziło do mojego pokoju? — spytał Biron. — Nie żebym nie był wdzięczny, rozumiesz.
— Dzwoniłem do ciebie. Nie było odpowiedzi, a ja musiałem się z tobą zobaczyć.
— Zobaczyć się ze mną? — Mówił powoli, starając się uspokoić nieregularny oddech. — Dlaczego?
— Żeby cię ostrzec. Twoje życie jest w niebezpieczeństwie.
— Już to wiem — roześmiał się Biron chrapliwie.
— To był tylko wstęp. Znowu spróbują.
— Kim oni są?
— Nie tutaj, Farrill — powiedział Jonti. — Potrzebujemy spokojnego miejsca. Jesteś wystawiony i być może ja też narażam się na strzał.
