
— Ty, słyszysz mnie? — wyszeptał.
Foyle chrząknął. Dyżurny pochylił się niżej.
— Co ci się przytrafiło? Kto cię tak, u diabła, urządził?
— Jak? — wycharczał Foyle.
— Nie wiesz?
— Czego? O co chodzi, kurczę?
— Poczekaj chwileczkę.
Dyżurny znikł jauntując się do magazynu i w pięć minut później pojawił się znowu przy zbiorniku. Foyle dźwignął się z wysiłkiem z cieczy. Oczy mu błyszczały.
— Wraca, kurczę. Coś jakby wracało. Jauntowanie. Nie umiałem jauntować na „Nomadzie”, kurczę.
— Co?
— Straciłem głowę.
— Człowieku, tyś nie miał żadnej głowy, którą mógłbyś stracić.
— Nie potrafiłem jauntować. Zapomniałem jak. Wszystko zapomniałem, kurczę. I teraz mało co pamiętam. Ja…
Cofnął się przerażony na widok szkaradnie wytatuowanej twarzy, której fotografię podsunął mu pod nos dyżurny. To była maska Maorysa. Policzki, broda, nos i powieki udekorowane były pasmami i spiralami. Przez brew biegło słowo NOMAD. Foyle patrzył przez chwilę z przerażeniem, a potem krzyknął z rozpaczą. Fotografia była lusterkiem. Twarz była jego własną.
ROZDZIAŁ 3
— Brawo panie Harris! Bardzo dobrze! P-O-P, panowie. Nigdy nie zapominajcie. Położenie. Otoczenie. Podwyższenie. To jedyny sposób gwarantujący wam zapamiętanie swoich współrzędnych jauntowskich. „Etre entre le marteau et l’enclume. Francuski”. Proszę jeszcze nie jauntować, panie Peters. Niech pan czeka na swoją kolej. Bądźcie cierpliwi, wkrótce wszyscy znajdziecie się w klasie C. Czy ktoś widział pana Foyla? Brakuje go. „Och, spójrzcie na tego bajecznie brązowego ptaszka. Posłuchajcie go”. Ojej, myślę na wszystkie strony… a może mówiłam głośno, panowie?
