
— To zajmie więcej niż pięć minut, proponuję zatem, żeby pan usiadł, doktorze — rzucił, gdy Conway stanął przed jego biurkiem. — Zakładam, że obejrzał pan już sobie naszego ludożercę?
Conway pokiwał głową i usiadł. W paru słowach przedstawił wyniki wstępnych badań pacjenta i dodał, że jego zdaniem problem ma chyba podłoże psychologiczne. Na koniec spytał:
— Ma pan jeszcze jakieś informacje na jego temat? Poza tym podejrzeniem o kanibalizm, naturalnie…
— Owszem, ale nie ma tego wiele — odparł O’Mara. — Znalazł go patrol Korpusu. Jego statek, chociaż w ogóle nie uszkodzony, wysyłał wezwanie o pomoc. Nasz gość był wyraźnie zbyt chory, żeby go pilotować. Na pokładzie nie było nikogo więcej, ale ponieważ ratownicy nigdy wcześniej nie spotkali żadnego EPLH, na wszelki wypadek przeszukali drobiazgowo całą łajbę. I wyszło im, że jednak ktoś jeszcze tam wcześniej był. Doprowadził ich do tego wniosku prywatny dziennik nagrywany przez chorego. To samo wynikało z rejestrów obsługi śluzy i temu podobnych zapisów… W tej chwili to nieistotne. Ważne, że wszystko świadczyło o tym, że była tam jeszcze jedna istota, która skończyła marnie za sprawą naszego pacjenta. I ku jego gastronomicznemu pożytkowi…
O’Mara przerwał i opuścił trzymane w ręku papiery. Conway zdążył na nie zerknąć. Był to wypis ze wspomnianego przed chwilą prywatnego dziennika, a widoczny akurat fragment informował, że ofiarą kanibala padł okrętowy lekarz.
— Jednak nie wiemy nic o planecie, z której pochodzi — powiedział psycholog, unosząc ponownie papiery. — Tyle tylko, że leży w innej galaktyce. Jeśli wziąć pod uwagę, że naszą przebadaliśmy dopiero w ćwierci, nie wiem, kiedy uda nam się trafić na ojczyznę tego tam…
