— Jakie ma pan plany, doktorze Danalta? — spytał oschle. — Czy jest może wśród nich coś bardziej ambitnego niż dzisiejsza zabawa?

Ramiona i głowa istoty stopniały na chwilę, upodabniając się do melfiańskiego pancerza, lecz wkrótce przed lekarzem ponownie stał Orligianin. Conway pomyślał, że będzie musiał przywyknąć do takich niepokojących widoków.

— Bardzo przepraszam, starszy lekarzu — powiedział Danalta. — Nie chciałem sprawić kłopotu. Dla mnie jest bez znaczenia, jaką akurat postać przyjmuję, pomyślałem jednak, że w celu łatwiejszego nawiązania kontaktów i z przyczyn, że tak powiem, środowiskowych, lepiej będzie, jeśli postaram się naśladować formy spotykanych tu istot. Poza tym chciałem możliwie wiele razy przećwiczyć szybkie przemiany przed kimś, kto wyłapie wszelkie niekonsekwencje. Jeszcze na wahadłowcu rozmawiałem o tym z członkami grupy. Zgodzili się mi pomóc. Starając się o przydział do Szpitala, chciałem pracować z przedstawicielami jak największej liczby gatunków — dodał pospiesznie. — Uznałem, że będzie to ogromne wyzwanie dla moich zdolności naśladowczych, które są rozwinięte lepiej niż u większości moich ziomków, chociaż niewątpliwie napotkam i takie istoty, do których nie zdołam się upodobnić. Obawiam się, że nie rozumiem w pełni słowa „dowcipny”, które nie ma wiernego odpowiednika w moim języku, niemniej jeśli uraziłem swym zachowaniem, przepraszam najmocniej.

— Przeprosiny przyjęte — rzekł Conway, wspominając własną grupę sprzed wielu lat i jej ówczesną działalność, która często miała tylko iluzoryczny związek z medycyną. — Doktorze Danalta, jeśli zależy panu na spotkaniu przedstawicieli jak największej liczby gatunków, niebawem pańskie pragnienie się spełni — dodał, zerkając na zegarek. — Proszę wszystkich za mną.

Jednak Orligianin, który nie był Orligianinem, nie ruszył się z miejsca.



10 из 197