
Raz jeden zła się nie wyrzekłem; wspomnienie to wiąże się z długą i okropną agonią mojej matki, którą kochałem, a zarazem z nadzwyczaj bystrą zachłannością notowałem proces jej destrukcji w chorobie. Miałem wówczas dziewięć lat. Ona, uosobienie pogody, siły, równowagi aż majestatycznej, leżała w przewlekłym i przez lekarzy rozciąganym konaniu, ja, przy jej łóżku, w pokoju zaciemnionym, pełnym odoru lekarstw, miałem się jeszcze w garści, ale raz, zamknąwszy za sobą drzwi, gdy od niej wyszedłem, widząc, że jestem sam, wyciąłem radosny grymas w stronę sypialni, a że mi nie wystarczył, pognałem do siebie i zdyszany podskakiwałem przed lustrem z zaciśniętymi pięściami, robiąc miny i chichocząc od łechczywej uciechy. Od uciechy? Rozumiałem dobrze, że matka umiera, od rana rozpaczałem i rozpacz ta była tak samo prawdziwa, jak ów dławiony chichot. Doskonale pamiętam, jak mnie przeraził, a jednocześnie wykroczyłem nim poza wszystko, co dotąd poznałem, i w tym przekroczeniu było porażające olśnienie.
W nocy jeszcze, leżąc sam, usiłowałem zrozumieć, co się stało, a niezdolny do tego, doprowadziłem się odpowiednim rozczuleniem nad sobą i nad matką do łez, aż usnąłem. Uznałem zapewne te łzy za ekspiację, lecz potem wszystko powtarzało się, kiedy podsłuchiwałem coraz gorsze wieści przekazywane ojcu przez lekarzy. Bałem się iść do siebie i szukałem wtedy rozmyślnie ludzi. Pierwszym człowiekiem, którego zląkłem się, byłem więc ja sam.
