
Wysiedli. Wokół nie było żywego ducha. Na asfalcie ciągnęły się ślady długiego hamowania, a na samym ich początku widać było ciemną kupkę. Gallo podszedł do niej i zawołał triumfalnie:
– A nie mówiłem?! To kura!
Ewidentne samobójstwo. Samochód, w który walnęli, rozbijając mu cały tył, musiał być przepisowo zaparkowany na poboczu, lecz siła uderzenia ustawiła go nieco ukosem. Ciemnozielony renault twingo stał przy wjeździe w polną alejkę, prowadzącą do oddalonej o trzydzieści metrów piętrowej willi z pozamykanymi oknami i drzwiami. Samochód policyjny miał zmiażdżony reflektor i pogięty prawy błotnik.
– I co teraz? – spytał zmartwiony Gallo.
– Jedziemy. Myślisz, że nasz samochód jest na chodzie?
– Zobaczymy.
Na wstecznym biegu, ze zgrzytem, Gallo wyrwał swoje auto z kleszczy twingo. I znów żaden z mieszkańców willi nie pokazał się w oknie. W pobliżu nie było innych zabudowań, więc renault musiał należeć do kogoś z domowników. Widocznie wszyscy spali jak zabici. Kiedy Gallo oburącz próbował odciągnąć błotnik od opony, Montalbano zapisał na karteczce numer telefonu komisariatu i włożył ją pod wycieraczkę.
Jak już coś nie idzie, to święty Boże nie pomoże. Po półgodzinnej jeździe Gallo znów zaczął masować sobie klatkę piersiową, a twarz co jakiś czas wykrzywiał mu bolesny grymas.
– Poprowadzę – powiedział komisarz.
Gallo się nie sprzeciwił.
Na wysokości Feli, zamiast jechać prosto autostradą, Montalbano skręcił w odnogę prowadzącą do centrum miasta. Gallo nie zauważył tego manewru, powieki miał opuszczone, głowę opierał o szybę.
– Gdzie jesteśmy? – zapytał, otwierając oczy dopiero w chwili, kiedy samochód zaczął się zatrzymywać.
– Przed szpitalem w Feli. Wysiadaj.
– Ale to nic takiego, panie komisarzu.
– Wysiadaj. Ktoś musi cię zbadać.
– Ale zostawi mnie pan i pojedzie dalej. Zabierze mnie pan po drodze, wracając do Vigaty.
