— Przecież to paranoja — odezwała się Leisha.

— Wcale nie — zaprzeczyła Jeanine. — Leisho, ty żyjesz pod kloszem.

— Chodzi ci o to, że stale byłam pod ochroną ojca i jego pieniędzy — rzuciła Leisha.

Nikt się nawet nie skrzywił. Wszyscy tutaj otwarcie stawiali czoło faktom, nie uznając mglistych aluzji. Te należały do sfery snów.

— Tak — potwierdziła Jeanine. — Twój ojciec musi być świetnym gościem. Wychował cię w wierze, że nie wolno krępować indywidualnego rozwoju. Jezu Chryste, on jest przecież jagaistą. W porządku. Jeśli chodzi o ciebie — dodała bez cienia sarkazmu. — Ale świat na ogół wygląda zupełnie inaczej. Oni nas nienawidzą.

— To za mocno powiedziane — wtrąciła Carol. — Nie nienawidzą.

— Być może — zgodziła się Jeanine. — Ale są inni niż my. Jesteśmy lepsi, więc czują do nas całkiem naturalną niechęć.

— Nie wiem, co w tym naturalnego — odezwał się Tony. — A może bardziej naturalny byłby podziw dla tego, co lepsze? My przecież podziwiamy lepszych od siebie. Czy zazdrościmy geniuszu Kenzo Yagai? Albo Nelsonowi Wade, temu lekarzowi? Albo Catherine Raduski?

— Nie zazdrościmy, bo tak naprawdę jesteśmy od nich lepsi — podsumował Richard.

— Powinniśmy stworzyć własne społeczeństwo — oznajmił Tony. — Dlaczego mamy pozwalać, żeby ich regulacje prawne ograniczały nasz naturalny rozwój? Dlaczego Jeanine nie wolno zmierzyć się z nimi na lodzie, dlaczego Jack nie może inwestować na takich samych warunkach co oni? Tylko dlatego, że nie śpią? Niektórzy z tamtych są bardziej inteligentni od reszty. Inni mają więcej wytrwałości. A my mamy większą zdolność koncentracji, lepszą równowagę biochemiczną i więcej czasu. Nie wszystkich Pan Bóg stworzył równymi.



37 из 429