
Alice mieszkała w Pensylwanii. Tydzień później Leisha wynajęła helikopter z pilotem — sama na razie potrafiła prowadzić tylko pojazdy naziemne — i poleciała do High Ridge, gdzieś w Appalachach.
High Ridge było osiedlem oddalonym o dwadzieścia pięć mil od najbliższego szpitala. Alice mieszkała z Edem, milczącym cieślą o dwadzieścia lat starszym od niej, w małej chatce na skraju lasu. W chatce była bieżąca woda i elektryczność, ale nie było sieci z wiadomościami. Ziemia oświetlona pierwszymi promieniami słońca wyglądała surowo i niegościnnie, pocięta lodowymi strumyczkami. Wyglądało na to, że Alice i Ed niczym się nie zajmują. Alice była w ósmym miesiącu ciąży.
— Wcale cię tu nie chciałam — powiedziała Leishy. — Po co przyjechałaś?
— Bo jesteś moją siostrą.
— Mój Boże, spójrz tylko na siebie. Czy tak właśnie ubierają się na Harvardzie? W takie buciory? Od kiedy to zrobiłaś się modna? Zawsze była z ciebie taka intelektualistka, nie zależało ci na strojach.
— O co w tym wszystkim chodzi, Alice? Dlaczego tutaj? Co ty wyprawiasz?
— Żyję — odparła Alice. — Z dala od kochanego tatuśka, z dala od Chicago, z dala od pijanej Susan. Wiedziałaś, że pije? Tak samo jak mama. To on tak niszczy ludzi. Ale ze mną mu się nie uda. Wyrwałam się. Ciekawe, czy ty też kiedyś zdołasz?
— Wyrwałaś się? W takie miejsce?
— Jestem szczęśliwa — odparła ze złością Alice. — Czy nie o to właśnie chodzi? Czy to nie jest właśnie cel twojego wspaniałego Kenzo Yagai: szczęście poprzez indywidualny wysiłek?
Leisha miała ochotę powiedzieć, że nie dostrzega, aby Alice zdobyła się na jakiś szczególny wysiłek. Ale nie powiedziała. Przez podwórze przebiegł kurczak. Za domem, wśród pięter sinej mgły, wznosiły się Appalachy. Leisha zastanawiała się, jak to miejsce wygląda zimą, całkowicie odcięte od świata, w którym ludzie dążą do jakichś celów, uczą się, zmieniają.
