
— A jak Stewart? — zapytał Richard miękko.
— To już skończone. Młodzieńcza miłostka.
— Może Kevin?
— Ależ skąd. To tylko przyjaźń.
— Nie byłem pewien. A kto?
— Nikt.
Puścił jej rękę. Leisha popatrzyła na niego nieśmiało. Nagle roześmiał się.
— Radość, Leisho.
Przez myśli przebiegło jakieś echo, ale nie rozpoznała go, więc szybko zanikło, a ona zawtórowała Richardowi śmiechem lekkim i pienistym jak różowa wata cukrowa w środku lata.
* * *
— Przyjedź do domu, Leisho. Miał kolejny zawał. — W głosie Susan Melling w słuchawce wyraźnie słychać było zmęczenie.
— Czy jest bardzo źle? — zapytała Leisha.
— Lekarze nie są pewni. A przynajmniej tak mówią. On chce się z tobą zobaczyć. Czy możesz zostawić szkołę na parę dni?
To był maj, ostatnie tygodnie przed końcowym egzaminem. Redaktorzy „Przeglądu Prawnego” zaliczali semestr w trybie indywidualnym. Richard założył nową firmę, doradzał bostońskim rybakom, nękanym jakimiś niespodziewanymi zmianami prądów oceanicznych. Pracował po dwadzieścia godzin na dobę.
— Przyjadę — obiecała Leisha.
W Chicago było zimniej niż w Bostonie. Drzewa dopiero wypuszczały pączki. Na jeziorze Michigan grzywiaste fale rozbryzgiwały się w zimną mgiełkę; ich widok wypełniał ogromne okna po wschodniej stronie domu. Leisha zorientowała się, że znów mieszka tu Susan: na komodzie ojca leżały tu szczotki, na stoliku kobiece czasopisma.
— Leisho — odezwał się Camden.
Wyglądał staro. Miał ziemistą cerę, zapadnięte policzki, strapione i zdziwione spojrzenie właściwe mężczyznom, którzy własną moc uznawali za coś równie naturalnego jak powietrze — coś, czego nie da się oddzielić od życia. W kącie pokoju na małym osiemnastowiecznym taborecie przycupnęła niska, krępa kobieta o włosach splecionych w dwa warkoczyki.
