
Przed północą obudził go krzyk, dobiegające z zewnątrz głosy. Zerwał się z miejsca i pobiegł do drzwi. To tylko gość zmagał się z koszmarem, do wtóru sennych protestów dobiegających z kurnika. Olcha krzyknął zmienionym głosem, a potem obudził się, drżąc w panice. Błagał gospodarza o wybaczenie i zapowiedział, że posiedzi trochę pod gwiazdami. Krogulec wrócił do łóżka. Gość nie obudził go więcej. Zamiast tego nawiedził go własny zły sen.
Stał obok kamiennego muru na szczycie długiego wzgórza porośniętego suchą szarą trawą. Zbocze opadało i niknęło w mroku. Wiedział, że był tam już kiedyś, lecz nie pamiętał kiedy ani co to za miejsce. Po drugiej stronie muru, niżej, niedaleko, ktoś czekał. Krogulec nie dostrzegał twarzy, wiedział tylko, że to wysoki mężczyzna w płaszczu. Wiedział, że go zna. A potem ten człowiek przemówił, nazywając go prawdziwym imieniem.
— Wkrótce tu będziesz, Ged.
Krogulec usiadł na łóżku. Czuł przejmujący chłód. Patrzył w głąb domu, opatulając się jego rzeczywistością niczym kocem. Wyjrzał przez okno na gwiazdy i wówczas chłód ogarnął też jego serce. Nie były to ukochane, znajome gwiazdy lata — Wóz, Sokół, Tancerze, Serce Łabędzia — lecz inne gwiazdy, małe nieruchome gwiazdy z suchej krainy, które nigdy nie wschodzą i nie zachodzą. Niegdyś znał ich imiona, w czasach gdy znał imiona różnych rzeczy.
— Niech się odwróci! — powiedział głośno, czyniąc gest odpędzający zły urok. Poznał go, gdy miał zaledwie dziesięć lat. Spojrzał ku otwartym drzwiom. W kącie za nimi dostrzegł, jak ciemność nabiera kształtu, podnosi się, gęstnieje.
Lecz gest, choć pozbawiony mocy, zdołał go obudzić. Cienie za drzwiami pozostały cieniami. Gwiazdy za oknem były gwiazdami Ziemiomorza, przygasającymi w pierwszym świetle przedświtu.
Siedział tak, okrywając ramiona owczą skórą, i patrzył, jak gwiazdy gasną i opadają ku zachodowi.
