
Wtedy ściskał w dłoni kryształową pieczęć, tak jakby chciał ją udusić niczym małego bobra, uciszając głos, który zaczynał się wydobywać z przezroczystego tworzywa; bał się, że zniszczy kruchy przedmiot swą dłonią mężczyzny, jeszcze silnego, jeszcze o mocnych nerwach, choć nerwowego, nawykłego do dyrygowania, do wydawania rozkazów bez użycia batuty, jednym ruchem samej dłoni, jakby zbierał kwiaty, ruchem równie zrozumiałym dla członków orkiestry jak i dla solisty: skrzypka, pianisty, wiolonczelisty; dłoń ta była silniejsza niż ów wątły baton, którym on zawsze pogardzał, bo, jak mawiał, ten kijek z teatralnej garderoby nie pomaga w niczym, tylko szkodzi, hamując potok energii wydostającej się spod mojej czarnej czupryny i mojego wysokiego czoła opromienionego blaskiem Mozarta, Bacha, Berlioza, tak jakby oni, Mozart, Bach, Berlioz – i tylko oni – pisali na moim czole partyturę, którą dyryguję, marszcząc gęste brwi z pewnym niepokojem, w czym tamci -orkiestra – widzą przejaw wrażliwości, moje poczucie winy i karę za to, że nie jestem ani Mozartem, ani Bachem, ani Berliozem, tylko zwykłym „przekazywaczem”, pośrednikiem. Pośrednikiem pełnym wigoru, o tak, ale również bardzo subtelnym, dręczonym obawą, że on pierwszy mógłby zawieść, okazać się zdrajcą wobec wykonywanego dzieła. On jest tym, który nie ma prawa się pomylić oraz – mimo pozorów, mimo gwizdów publiczności lub milczącej dezaprobaty ze strony orkiestry czy też ataku prasy, jak również scen urządzanych przez sopranistkę, pogardliwej miny solisty, szorstkiej próżności tenora czy błazenady basa – nie powinien osądzać innych bardziej surowo niż samego siebie, Gabriela Atlana-Ferrary.
