
— Zostałem zauważony — powiedziałem — i muszę iść złożyć uszanowanie „Williamowi Seabrookowi” z Talera. Idziesz ze mną?
— Cóż… — zawahał się Phil. — No dobrze. Cierpienie uszlachetnia.
Ruszyliśmy w kierunku wnęki i stanęliśmy przed dwoma fotelami, pomiędzy muzyką i hałasem, w centrum władzy. Lorel wstał powoli i uścisnął nam dłonie. Myshtigo wstał jeszcze wolniej i nie podał nam ręki, a podczas przedstawiania przypatrywał się nam bursztynowymi oczami, z kamiennym wyrazem twarzy. Luźno zwisająca pomarańczowa koszula trzepotała na nim bez przerwy, gdy jego komory płucne niezmordowanie pracowały i wydmuchiwały powietrze przednimi nozdrzami usytuowanymi u podstawy szerokiej klatki piersiowej. Skinął niedbale głową, powtórzył moje nazwisko. Potem odwrócił się do Phila i obdarzył go czymś w rodzaju uśmiechu.
— Czy chciałby pan, żebym przetłumaczył pańską sztukę na angielski? — zapytał głosem przypominającym cichnący kamerton.
Phil odwrócił się na pięcie i odszedł.
Przez chwilę myślałem, że Yeganinowi zrobiło się niedobrze, ale przypomniałem sobie, że vegański śmiech przypomina odgłos duszącego się capa. Staram się trzymać z dala od Yegan, unikając kontaktów z kurortami.
— Usiądź — powiedział Lorel, sprawiając wrażenie skrępowanego.
Przysunąłem fotel i ustawiłem go naprzeciwko nich.
— W porządku.
— Cort ma zamiar napisać książkę — wyjaśnił Lorel.
— To już wiem.
— O Ziemi. Skinąłem głową.
— Pragnie, abyś był jego przewodnikiem podczas wycieczki po niektórych Starych Miejscach…
— Jestem zaszczycony — powiedziałem dość sztywno. — A także ciekawy, dlaczego akurat mnie wybrał na swojego przewodnika.
— I jeszcze bardziej ciekawy, co może o panu wiedzieć, tak? — zapytał Yeganin.
