
— Dlaczego płaczesz? — zapytała mnie nagle.
— Myślę o wizerunku na tarczy Achillesa — odparłem — i o tym, jakie to straszne być wykształconym zwierzęciem. I wcale nie płaczę. To krople deszczu padają na mnie z liści.
— Zrobię jeszcze kawy.
Podczas gdy ją przygotowywała, umyłem filiżanki. Powiedziałem jej, żeby podczas mojej nieobecności zajęła się „Yanitie”, i żeby kazała przyholować statek do suchego doku, jeśli po nią poślę. Powiedziała, że dopilnuje tego.
Słońce podniosło się na niebie i po pewnym czasie z podwórza starego Aldonesa, trumniarza, dobiegł odgłos uderzeń młotka. Obudziły się fiołki alpejskie, a lekki wiatr przywiał do nas ich woń znad pól. Wysoko nad głową, niczym mroczny omen, nietoperz pająkowaty prześlizgnął się po niebie w kierunku stałego lądu. Zapragnąłem zacisnąć teraz palce na kolbie strzelby, pohałasować trochę i popatrzeć na upadek stwora. Jednak jedyna broń palna, o której wiedziałem, znajdowała się na pokładzie „Yanitie”, mogłem wiec jedynie obserwować, jak nietoperz znika z widoku.
— Mówią, że nie pochodzą one z Ziemi — powiedziała Cassandra, obserwując lecącego stwora — i że sprowadzono je tu z Tytana, do ogrodów zoologicznych…
