
– Podwładna.
– Współpracownik.
– Współpracownica, które to osoby, na szczęście, nie stanowią z nami monolitu i zawsze możemy się od nich jakoś odczepić.
No i najgorsze ze wszystkiego: Mąż i Żona.
Te właśnie istoty ludzkie, z zasady płci odmiennej niż nasza, wybieramy sami, dobrowolnie, z własnej i nieprzymuszonej woli zakładając sobie jarzmo na kark, jako też kajdany na ręce i nogi. Elementarna przyzwoitość, niekiedy zaś także konieczność życiowa, zmusza nas do wytrwania przy własnej decyzji.
Oczywiście, że i w takim wypadku również możemy się wypiąć, zrezygnować, oderwać od osoby i udać w siną dal, ale tu akurat nie o to chodzi. Tu mamy wytrzymać, no i pojawia się rozpaczliwe pytanie: JAK…?1
Odpowiedź brzmi: RÓŻNIE.
Zasadnicze sposoby istnieją trzy: Pierwszy: poddać się osobie całkowicie i bez reszty.
Drugi: walczyć z osobą do upadłego i wreszcie ją przydeptać.
Trzeci: iść na kompromis.
Najbardziej humanitarny wydaje się sposób trzeci.
Co nie znaczy, że najłatwiejszy.
Zważywszy jednak, iż sposób wytrzymywania ściśle jest uzależniony od charakterów i potrzeb osób zainteresowanych, osoby zainteresowane zaś kojarzą się i łączą w pary bez żadnego opamiętania i z całkowitym lekceważeniem jakiejkolwiek systematyki, w wielkim rozgoryczeniu zmuszeni jesteśmy wprowadzić w utworze taki sam melanż, jaki prezentuje nam życie.
I wymieszać ze sobą wszystkie trzy sposoby.
Ze zdecydowaną przewagą propozycji kompromisowych.
Można powiedzieć, że cała impreza zawiera w sobie kilka zasadniczych punktów, które należy rozważyć z wielką starannością. Bez tego się nie obejdzie. Ostatecznie, musimy jakoś dojść, czego właściwie chcemy i o co nam chodzi.
A zatem: PUNKT I.
Stwierdzenie, po głębokim namyśle, czy aby na pewno życzymy sobie koegzystencji z tą właśnie a nie inną, jednostką ludzką płci odmiennej niż nasza.
Jeśli bowiem sobie nie życzymy, po jakiego diabła mielibyśmy z nią wytrzymywać…?
