
Drugą rzeczą, która rzuciła mu się w oczy zaraz po otwarciu drzwi, było to, że ktoś przeszukał mieszkanie.
– Tato? – zawołała Brenda, wpadając do środka.
Myron podążył za nią, żałując, że nie ma broni. Ta scena wprost się prosiła o broń. Wyjąłby pistolet i po daniu Brendzie znaku, by milczała, skradając się z nią, trwożnie uczepioną jego wolnego ramienia, zbadałby mieszkanie. Przyczajony, wymachując pistoletem, sprawdziłby wszystkie pokoje, przygotowany na najgorsze. Niestety, nie nosił broni na co dzień. Nie dlatego, że nie lubił – zagrożony, czuł się raźniej, mając ją przy sobie – lecz pistolet był ciężki i tak miły dla ciała, jak wełniana prezerwatywa. A poza tym, co się oszukiwać, u większości potencjalnych klientów agent sportowy, nie rozstający się z gnatem, nie wzbudzał zaufania, a z tymi, u których je wzbudzał, Myron wolał nie mieć do czynienia.
W przeciwieństwie do niego Win nie rozstawał się z pistoletem, a właściwie z dwoma, nie licząc imponującego arsenału broni niewidocznej. Ten człowiek był uzbrojony jak Izrael.
Mieszkanie składało się z trzech pokojów i kuchni. Szybko przez nie przeszli. Nie było tam nikogo. Żadnego trupa.
– Coś zginęło? – spytał Brendę.
Spojrzała na niego z urazą.
– A skąd mam wiedzieć, do diabła?
– Mówię o tym, co się rzuca w oczy. Widzę telewizor. Widzę magnetowid. Pytam, czy obrabowano mieszkanie?
Rozejrzała się po dużym pokoju.
– Nie. Nie wygląda to na rabunek – odparła.
– Podejrzewasz, kto mógłby się tu włamać i czego szukać?
Pokręciła przecząco głową, oczami wciąż chłonąc bałagan.
– Czy Horace ukrył gdzieś pieniądze? W słoiku, pod podłogą, w jakimś innym miejscu?
– Nie.
Rozejrzeli się po pokoju. Brenda otworzyła szafę. Przez dłuższą chwilę stała bez słowa.
