
Pierwszego dnia pojawiłem się jako jeden z ostatnich w klasie. Wbiegłem zaledwie kilka sekund przed dzwonkiem i usiadłem z tyłu. Panna Garber stała odwrócona plecami do klasy i pisała wielkimi, pochyłymi literami swoje nazwisko, tak jakbyśmy nie wiedzieli, kim jest. Wszyscy ją znali – nie sposób było jej nie znać. Miła co najmniej sześć stóp i dwa cale wzrostu, płomiennie rude włosy, blada cerę oraz piegi, które świadczyły, że dawno już przekroczyła czterdziestkę. Miała również nadwagę – ważyła chyba jakieś dwieście pięćdziesiąt funtów – i słabość do luźnych, kwiecistych sukni. Nosiła ciemne okulary w grubych rogowych oprawkach i pozdrawiała wszystkich długim „Witam”, przeciągając śpiewnie ostatnia sylabę. Panna Garber była jedyna w swoim rodzaju, to pewne była też wolnego stanu, co jeszcze bardziej pogarszało sytuacje. Każdy facet, niezależnie od wieku, nie mógł nie współczuć takiej kobiecie.
Pod swoim nazwiskiem wypisała cele, które powinny nam przyświecać w trakcie nauki. Pierwsze miejsce zajmowała „wiara w samego siebie”, drugie „samoświadomość”, trzecie „samospełnienie”. Panna Garber była specjalistka od wszystkich rzeczy zaczynających się na „samo”, co naprawdę lokowała ją w czołówce, jeśli chodzi o psychoterapie, chociaż prawdopodobnie nie zdawała sobie wówczas z tego sprawy. Była w tej dziedzinie pionierem. Może miało to coś wspólnego z jej wyglądem, może próbowała po prostu bardziej siebie polubić.
Ale zaczynam popadać w dygresje.
Dopiero po rozpoczęciu zajęć zauważyłem coś niezwykłego. Chociaż nasza szkoła nie była duża, wiedziałem dobrze, że proporcje młodzieży męskiej i żeńskiej są raczej wyrównane i dlatego zdziwiło mnie, że co najmniej dziewięćdziesiąt procent obecnych w klasie to dziewczęta. Oprócz mnie był tam tylko jeden chłopak, co wydawało się mi w pierwszej chwili czymś pozytywnym i na moment zalała mnie fala szczęścia. Miałem ochotę zakomunikować całemu światu: „Patrzcie, oto nadchodzę”. Dziewczyny, dziewczyny, powtarzałem w duchu. Same dziewczyny i żadnych sprawdzianów.
