
– Miałam taki zamiar – odburknęła, przytknąwszy stetoskop do piersi mechanika, który wpatrywał się w nią przerażony. – Proszę się nie bać, jestem w doskonałej formie, a tamten facet ciągle wszystkich beszta.
Po chwili pojawiła się Betty.
– Zajmę się nim – powiedziała, zwracając się do Lauren. – Jesteś potrzebna obok, naprawdę nie dajemy już rady!
Lauren wstała i poprosiła pielęgniarkę, żeby zadzwoniła do jej matki. Miała zostać w szpitalu do rana, więc ktoś musiał zająć się jej suczką Kali.
Miss Morrison zmywała talerze, Arthur przysypiał na kanapie.
– Wydaje mi się, że powinien pan się przespać.
– Też tak sądzę – odparł Arthur, przeciągając się. – Dziękuję za miły wieczór.
– Witamy przy Pacific Street 212. Z natury jestem trochę za powściągliwa i dyskretna, ale gdyby pan czegoś potrzebował, proszę się nie krępować.
Tuż przed wyjściem Arthur zauważył leżącego pod stołem biało – czarnego psiaka.
– To Pablo – wyjaśniła miss Morrison. – Kiedy się na niego patrzy, wygląda, jakby zdechł, a on po prostu sobie śpi. To jego ulubione zajęcie. Właściwie już czas, by wyjść z nim na spacer.
– Może ja go wyprowadzę?
– Lepiej będzie, jeżeli pójdzie pan spać, bo obawiam się, że rano znalazłabym was obu chrapiących pod jakimś drzewem.
Arthur pożegnał się i wrócił do siebie. Chętnie poświęciłby jeszcze chwilę na porządki, jednak zmęczenie wzięło górę nad zapałem. •
Leżąc w łóżku z głową wspartą na rękach, spoglądał przez uchylone drzwi sypialni. Piętrzące się w salonie pudła ożywiały wspomnienie pewnej nocy, kiedy to, w innej epoce swego życia, urządzał się na ostatnim piętrze wiktoriańskiej kamienicy. To było niedaleko stąd.
Minęła druga nad ranem, gdy Betty zaczęła szukać Lauren. Potem chciała wykorzystać chwilę spokoju i uzupełnić zapasy w apteczce gabinetu. Przeszła kilka kroków, zawróciła i odsunęła zasłonę ostatniej sali. Skulona na łóżku Lauren spała jak niemowlę. Betty zaciągnęła zasłonę i odeszła, kiwając głową.
