
– Ślizgawka – powiedział Diaczuk. – Idealna płaszczyzna, jakby sam Euklides robił lodowisko. Ale Ziernow nie zareagował na żart.
– Stoimy na lodzie – ciągnął zamyślony. – Pokrywa śnieżna ma najwyżej dwa centymetry grubości. A spójrzcie, ile go jest na ścianie. Całe metry. Czemu? Takie same wiatry, takie same warunki, a zupełnie odmienny rezultat. Macie jakąś koncepcję?
Nikt nie odpowiedział. Ziernow po prostu głośno myślał.
– Struktura lodu na pierwszy rzut oka jest taka sama. Powierzchnia lodu także. Wrażenie sztucznego wygładzenia. A gdyby zmieść spod nóg tę centymetrową warstwę śniegu, ukazałaby się identyczna nienaturalna płaszczyzna. Ale to przecież nonsens.
– Wszystko w państwie Królowej Śniegów jest nonsensowne – stwierdziłem.
– Dlaczego Królowej a nie Króla? – zapytał Wano.
– Wyjaśnij mu to, Tolek – powiedziałem – jesteś przecież specjalistą od map. Gdzie się znajdujemy? Obok Ziemi Królowej Mary. A co jest tam dalej? Ziemia Królowej Maud. A z tamtej stromy? Ziemia Królowej Wiktorii.
– Po prostu Wiktorii – poprawił mnie Tolek.
– To była królowa Anglii, erudyto z Instytutu Prognoz.
Ziernow nie słuchał nas.
– Czy jesteśmy mniej więcej w tym rejonie? – zapytał nagle.
– To znaczy w jakim?
– W tym, w którym Amerykanie obserwowali różowe obłoki?
– O wiele dalej na zachód – uściślił Diaczuk. – Sprawdzałem to na mapie.
– Powiedziałem: „mniej więcej”. Różowe obłoki na ogół znajdują siłę w ruchu.
– Dzikie kaczki także – zachichotał Tolek.
– Nie wierzycie, Diaczuk?
– Nie wierzę. To po prostu śmieszne – nie kłębiaste, nie pierzaste. Zresztą teraz nie ma ich w ogóle. – Popatrzył na bezchmurne niebo. – A może to obłoki warstwicowe? Są podobne do nadtopionych od góry soczewek. A zaróżawia je słońce. No nie – gęste, ciemnoróżowe jak kisiel malinowy. Znacznie niżej niż chmury kłębiaste, wyglądają jak wydęte przez wiatr worki albo jak sterówce, którymi nikt nie kieruje. Bzdury!
