
– Dzwoniłeś potem do biura szeryfa?
– Tak, dzwoniłem i powiedziałem, że to on. Nie wyglądali na zainteresowanych. Za tydzień zadzwoniłem jeszcze raz, powiedzieli, że rozmawiali z facetem przez telefon. Nikomu nie chciało się nawet wybrać do niego osobiście. Facet oczywiście wszystkiemu zaprzeczył i to by było tyle, jeśli o nich chodzi.
– Jak on się nazywa?
– Robert Ribb. Jego firma nazywa się Isthmus Charters. W reklamie mówi o sobie Robert „Tropiciel” Ribb. Jaki tam tropiciel. Raczej Robert „Złodziej” Ribb.
Spojrzałem na zdjęcie i zastanawiałem się, czy ma to jakikolwiek związek ze sprawą. Czy zaginiony GPS mógłby być przyczyną śmierci Terry'ego McCaleba? Wydawało się to nieprawdopodobne. Kradzież konkurentowi pozycji łowisk można zrozumieć. Ale zaaranżować skomplikowaną intrygę, żeby jeszcze go zabić -to już było wręcz nieprawdopodobne. Pan Ribb musiałby wymyślić niezły plan i precyzyjnie go wykonać. Ktokolwiek to był, musiał wymyślić niezły plan.
Lockridge zdawał się czytać mi w myślach.
– Zaraz, myślisz, że ten drań mógł mieć coś wspólnego ze śmiercią Terrora?
Patrzyłem nań przez dłuższą chwilę, uświadamiając sobie, że znacznie bardziej prawdopodobne jest to, że to on był zamieszany w całą sprawę: po śmierci McCaleba przejąłby firmę, jacht i przeniósłby interes na stały ląd.
– Nie wiem – odparłem. – Ale trzeba to będzie sprawdzić.
– Jak chcesz, żeby ktoś z tobą poszedł, jestem gotów.
– Jasne. Ale poczekaj, w tym meldunku napisano, że zginął tylko GPS. Nic więcej wam nie zginęło?
– Nie. Dlatego właśnie wydało się nam to dziwne. Dopóki nie ustaliliśmy, że to Ribb.
