
– Połknij.
– Co to jest?
– Jak to, co? Lekarstwo. Nie widzisz?
– Mówiłam ci, że jestem dalekowidzem. Bez okularów mam kłopoty.
– Połknij. Pomoże ci się wyluzować.
– Sama nie wiem…
– Zaufaj mi. Pomogą ci.
– Nie uważam, by zażywanie leków niewiadomego pochodzenia…
– Dobrze, dobrze. Chcesz mieć dziecko czy nie?
Zrobiło jej się przykro.
– Przecież wiesz, że tak.
– Więc połknij te cholerne tabletki!
Jane usłuchała, popiła piwem i wzdrygnęła się; nie znosiła piwa. Znowu stanęła okoniem, gdy Jodie wyprowadziła ją z toalety i zimny powiew powietrza uświadomił jej, że nie ma na sobie bielizny.
– Nie mogę.
– Słuchaj, to nic takiego. Chłopcy już upili Cala. Wyniosą się zaraz po twoim przyjściu. Jedyne, co masz robić, to trzymać buzię na kłódkę i się nim zająć. Ledwie się obejrzysz, a już będzie po wszystkim.
– To nie takie proste…
– Sama zobaczysz.
Jane poczuła na sobie wzrok mężczyzn. W pierwszej chwili wydawało jej się, że coś jest nie tak, że ciągnie za sobą rolkę papieru toaletowego albo coś podobnego, ale zaraz zrozumiała, że patrzą na nią nie krytycznie, ale z pożądaniem, i jej przerażenie wzrosło.
Jodie zaprowadziła ją do ciemnowłosego potwora bez szyi. Siedział za barem. Miał czarne krzaczaste brwi, zrośnięte nad nosem. Wyglądały jak gigantyczna gąsienica.
– Oto ona, Junior. I nie waż się powiedzieć, że na Jodie Pulanski nie można polegać.
Potwór otaksował Jane wzrokiem i uśmiechnął się.
– Dobrze się spisałaś, Jodie. Ma klasę. Jak masz na imię, kochanie?
Jane była tak przerażona, że nie mogła myśleć. Dlaczego się na to nie przygotowała? Nagle zobaczyła neonowy napis, jedyny, który była w stanie przeczytać bez okularów. -Bud.
– Nazywasz się Bud?
– Tak. – Zaniosła się kaszlem, grając na zwłokę. Przez całe dorosłe życie poszukiwała prawdy, kłamstwo przychodziło jej z trudem. – Bud. Rose Bud
