
Była idiotką... Czyżby było to nieuniknione i w wieku dziewiętnastu lat wszystkie dziewczęta to idiotki?!
A wtedy oczywiście momentalnie wytrzeźwiała. I uciekała, przy dźwiękach weselnego marsza, uciekała, gdzie oczy poniosą, i niemal wpadła pod samochód.
Następnego ranka, zapłakaną, kilkakrotnie wzywano ją do telefonu, lecz ona nie podchodziła, nie mając ochoty na rozmowę z Iwonikiem... a gdy wywołano ją po raz czwarty i zmusiła się, by zejść do okienka recepcjonistki, okazało się, że wcale nie był to Iwonik. W słuchawce nieznajomy głos przymilnie zapytał:
– Czy rozmawiam z Ireną?
Nie była przygotowana na taki rozwój wypadków, więc zachowała milczenie.
– Halo, Ireno?
– Z kim mam przyjemność? – spytała posępnym głosem.
– Mam na imię Andrzej.
Wkrótce dowiedziała się, że on osiąga każdy wytyczony sobie cel. Każdy bez wyjątku.
– Jaki znowu Andrzej? – nie dbała o to, że wszyscy ją słyszą.
– Ten, który zamówił muzykę.
Milczała.
– Znalazłem pani notes... razem z numerem telefonu.
– I co z tego? – zapytała. I już po sekundzie dodała. – Więc niech pan wsadzi sobie ten notes... wiadomo gdzie!
I trzasnęła słuchawką.
Był od niej o siedem lat starszy. Mieszkał sam w ogromnym pokoju niemal bez mebli, jednak poruszać się po nim można było jedynie bokiem, wzdłuż ściany, gdyż całą przestrzeń zajmowało średniowieczne miasto zbudowane z pudełek po zapałkach.
– A co to takiego?! – zapytała, gdy po raz pierwszy przestąpiła próg jego pokoju.
– A, tak – lekceważąco machnął ręką. – Nic specjalnego...
Taki sobie modelik...
* * *
Spotkali się na neutralnym gruncie – w kawiarni. Nikołan przyszedł w towarzystwie urodziwej, poważnej kobiety – jednej z tych, które do późnej starości regularnie korzystają z siłowni, masażysty i kosmetyczki. Niemniej dama była podenerwowana i Irena ze zdziwieniem zdała sobie sprawę, że źródłem jej napięcia jest niegroźna pani Chmiel.
