Irena wodziła długopisem po pustej kartce. Przez blady wzór kratek prześwitywał zarys zamku – połowa baszt zawaliła się i nad dziedzińcem buszował ogień. Wieża oblężnicza, taran u wrót, horda barbarzyńców wspinających się na mury.

Po burzliwej przemowie pani Pacyfikatorki nastąpiła jadowita tyrada chudego jak tyczka profesora orientalistyki; konflikt rozpalił się niczym naoliwiona szmata. Irena skrzywiła się z niesmakiem.

– ...zaś fakt, że dostarczeniem prac na konferencję zajęła się właśnie pani! I jak zrozumieć to, że ja i moi podopieczni dowiedzieliśmy się o tym dopiero przed tygodniem, podczas gdy pani studenci zdążyli już przygotować trzy rozbudowane sprawozdania?!

Irena oderwała wzrok od zamku płonącego na kartce.

W przestronnym pomieszczeniu wrzało od namiętności. Na cherlawych gałązkach pokojowego drzewka cytrynowego spokojnie tkał swoje sieci wątły, chorobliwie wyglądający pajączek – za to profesorowi orientalistyki trzęsły się wargi i z ust ciekła ślina. Irena miała wrażenie, że pomiędzy profesorem i Pacyfikatorka przepływa łuk elektryczny.

– Skończył pan? Pytam, czy pan już skończył? Może by pan teraz przez jakiś czas pomilczał?!

W porównaniu z kłótnią pracowników katedry nawet płonący zamek wydawał się blady, pozbawiony życia, nieprawdziwy. Irena dorysowała w rogu szubienicę z pustą pętlą – tragiczny obrazek ostatecznie przybrał groteskowy wygląd. Irena ze smutkiem pokiwała głową i odwróciła kartkę.

– ...Chociażby pani pisarka!

Irena się zachmurzyła. Milczała przez chwilę, przyglądając się pustej kartce w kratkę, i uniosła wzrok. Wszyscy obecni na zebraniu nie wiedzieć czemu patrzyli na nią – jedynie profesor, trzymając się za serce, wyglądał przez okno. Najwidoczniej liczył, że sam widok świeżego powietrza może go uspokoić.



3 из 371