
– Kręci się na tej ramie, jakby robaki miał – Kargul ofuknął swojego pasażera.
– A ty przyciśnij na pedały, bo wleczesz sia jak na czyn społeczny! Kaźmierz spoconymi dłońmi ściskał kierownicę, jakby było rzeczą oczywistą, że to on – choć jedzie na ramie – kieruje rowerem, Kargul zaś tylko kręci nogami. Spod kłapciatego ronda kapelusza z czoła Kargula ściekały strumyki potu.
– Pod górę ciężko -wysapał, łapiąc z trudem oddech.
– Pod górę, ale z wiatrem – Pawlak bez wahania oddalił jego skargę.
– Tobie zawsze ciężko. Jak ja by we wojnę tak pomału nogami przebierał, to ja by dawno trawą porósł! – Może się pomieniamy? – zaproponował Kargul, zwalniając nieco na zakręcie.
– Teraz ja na ramę pójdę.
– Ot, pomorek – Pawlak niespokojnie zerknął przez ramię na Kargula. -Przecie we dwóch na jedne rame nie wliziem! Zresztą ty wagę masz jak stary kaban! – Awo! Powiedz lepiej prawdę, że ty nogami do pedałów nie sięgniesz! Oj, nie w smak była Kaźmierzowi ta uwaga sąsiada. Zagryzł usta, ale nie myślał zrezygnować z kierowniczej roli. Na wysokości kapliczki z Panem Jezusem Frasobliwym polecił Kargulowi skręcić w lewo: pojadą na skróty przez miedzę Sierocińskiego! – Miedzą nie dam rady z tobą tarabanić sia! – oponował Kargul.
– Kręć lepiej nogami, to dasz radę! – Ot, radzak się znalazł – Kargul sapał równocześnie ze zmęczenia, jak i ze złości.
– Ja kręcę nogami, a ty językiem! -A bodaj cię, bambaryło! – Kaźmierz nacisnął maciejówkę na głowę i ujął mocniej kierownicę.
