
To jednak zastanawiające, pomyślała, że akurat w obecności seńora de Riano prawda uderzyła ją w oczy z taką oślepiającą jasnością. Prawda o słabości i egoizmie Stephena…
Gdy dotarli do patio, wyłożonego niebieskimi kafelkami i ozdobionego cienistą kolumnadą w stylu mauretańskim, señor de Riano ostrożnie położył Rachel na leżance. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki pojawiła się pokojówka z tacą zimnych napojów. Po chwili Rachel trzymała w ręku szklankę z rozkosznie chłodnym płynem.
Gdy już ugasiła pierwsze pragnienie, poczuła się nieco lepiej. Uniosła wzrok na swego wybawcę i niespodziewanie skrzyżowali spojrzenia. Na to nie liczyła wcale – na tę falę zmysłowego ciepła i podniecenia, która nagle ją ogarnęła. Wstrzymała na chwilę oddech z wrażenia, a potem gwałtownie odwróciła głowę.
– Brat, jak widzę, nie wspomniał pani, że ten rejon nazywamy La Sartenilla de Andalusia – przemówił cicho i łagodnie.
Wiedziona ciekawością rzuciła mu nieśmiałe spojrzenie, modląc się w duchu, by nie wyczytał z jej twarzy zmysłowego poruszenia.
– W pani języku to „andaluzyjska patelnia” – wyjaśnił rzeczowo.
– To prawda – Rachel przytaknęła ze zrozumieniem, a potem, zebrawszy siły, dodała: – Dziękuję za wszystko… Czuję się już o wiele lepiej i nie będę panu dłużej przeszkadzać. Czy mogłabym dostać z powrotem swój list?
– Hola, nie tak prędko! – przerwał jej niespodziewanie i otworzył kopertę. Z uwagą przeczytał list, po czym rzucił okiem na majowy stempel na znaczku pocztowym. – I czekała pani aż trzy miesiące, żeby nawiązać z bratem kontakt? – zapytał.
