
– Jakiś bezczelny gringo - rzucił ten z wąsikiem drugiemu. Jak na komendę, wszyscy obnażyli twarze i wzięli mnie na cel.
– Mam wejść do kanału? - spytałem ochoczo.
– Masz stanąć pod ścianą. Ręce w górę, a wysoko!
Dostałem lufą w żebra. Zauważyłem, że halucynacja była bardzo dokładna - nawet pistolety maszynowe mieli wszyscy owinięte w plastykowe worki, aby nie zamokły.
– Było ich tu więcej - rzekł ten z wąsikiem do tęgiego bruneta, który usiłował zapalić papierosa. Ten wyglądał mi na dowódcę. Oświecili całe obozowisko, kopiąc z hałasem puste puszki, przewracając fotele, wreszcie oficer rzekł:
– Broń?
– Obmacałem, panie kapitanie. Nie ma.
– Czy mogę spuścić ręce? - spytałem spod ściany. - Bo mi zasypiają.
– Mhm - skinął oficer, wydmuchując nozdrzami dym. - Nie! Czekać! - dorzucił.
Podszedł do mnie, kołysząc się w biodrach. Do pasa miał przytroczony cały pęk złotych pierścionków na sznurku. Niezwykle realistyczne! - pomyślałem.
– Gdzie ci inni? - spytał.
– Mnie pan pyta? Wyhalucynowali się przez klapę. A zresztą pan to i tak wie.
– Pomieszany, panie kapitanie. Niech się nie męczy - rzekł ten z wąsikiem i odciągnął bezpiecznik przez plastykową osłoną.
– Nie tak - rzekł oficer. - Będzie dziura w worku, skąd weźmiesz inny, durniu? Nożem go.
– Jeśli mogę się wtrącić, wolałbym jednak kulę - zauważyłem, nieznacznie opuszczając ręce.
– Kto ma nóż?
Zaczęli szukać. Oczywiście okaże się, że go nie mają! - rozważałem. - Za prędko by się to skończyło. Oficer cisnął niedopałek na beton, rozgniótł go z niesmakiem końcem płetwy, splunął i rzekł:
– Kończyć go. Idziemy.
– Tak, bardzo proszę! - powtórzyłem skwapliwie.
Zbliżyli się do mnie, zaintrygowani.
– Co ci tak spieszno na tamten świat, gringo? Patrzcie wieprza, jak się doprasza! A może mu tylko urżnąć palce i nos? - próbowali jeden przez drugiego.
