
Nie mogłem mu ani odpowiedzieć, ani nawet palcem ruszyć. Przez cały czas - tygodniami! - obawiałem się pośpiechu z ich strony - że mnie wrzucą do basenu, nim stracę przytomność. Widać jednak pospieszyli się zbytnio, ponieważ ostatnim dźwiękiem tego świata, jaki doszedł mych uszu, był plusk, z którym ciało moje wpadło do płynnego azotu. Przykry dźwięk.
*
Nic.
*
Nic.
*
Nic, ale to zupełnie nic.
*
Zdawało mi się, że coś, lecz gdzie tam. Nic.
*
Nie ma nic - mnie też nie.
*
Jak długo jeszcze? Nic.
*
Jak gdyby coś, chociaż to niepewne. Muszę się skoncentrować.
*
Coś, ale bardzo niewiele tego. W innych okolicznościach uznałbym, że nic.
*
Lodowce białe i błękitne. Wszystko jest zrobione z lodu. Ja też.
Ładne te lodowce, gdyby tylko nie było tak cholernie zimno.
*
Igły lodowe i śniegowe kryształki. Arktyka. Kra w gębie. Szpik w kościach? Jaki tam szpik - czysty, przezroczysty lód. Jest lodowaty i sztywny.
*
Mrożonka - to ja. Ale co to znaczy «ja»? Oto pytanie.
*
Jeszcze nigdy nie było mi tak zimno. Całe szczęście, że nie wiem, co to «mi». Mnie? Niby komu? Lodowcowi? Czy góry lodowe mają dziurki?
*
Jestem zimowym kalafiorem w promieniach słońca. Wiosna! Wszystko już taje. Ja przede wszystkim. W ustach - sopel albo język.
*
Jednak to język. Męczą mnie, turlają, łamią, trą, a nawet, zdaje się, biją. Leżę pod plastykową płachtą, nade mną - lampy. A więc stąd mi się wziął ten inspektowy kalafior. Musiałem majaczyć. Biało - wszędzie biało, ale to ściany, nie śnieg.
