Van der Hoose uniósł podbródek, wysunął dolną wargę, spojrzał na mnie sennie i od razu upodobnił się do podstarzałego wielbłąda o kudłatych jak u rysia bokobrodach.

— Smutno ci tu samemu — powiedział ze współczuciem. Jednakże będziesz musiał jeszcze trochę pocierpieć, jak sądzisz?

— Sądzę, że będę musiał.

Van der Hoose odrzucił głowę jeszcze bardziej do tyłu i nadal z tą samą wyniosłością starego wielbłąda spojrzał na lodowiec.

— Tak — oświadczył ze zrozumieniem. — To niezmiernie przypomina Ziemię, ale to nie Ziemia. Na tym polega całe nieszczęście z planetami tego typu. Człowiek ciągle czuje się oszukany. Okradziony. Ale i do tego można się przyzwyczaić, jak sądzisz, Majka?

Majka nie odpowiedziała. Była dzisiaj jakaś nieswoja. Albo przeciwnie wściekła. Ale z Majką to się zdarza, taka już jest.

Z tyłu, za nami, z lekkim cmoknięciem pękła błona włazu i Komow zeskoczył na piasek. Idąc, pośpiesznie zapiął dochę. Kiedy podszedł do nas, zapytał krótko:

— Gotowi?

— Gotowi — powiedział Van der Hoose. — Dokąd dzisiaj? Znowu na jezioro?

— Tak — odparł Komow szamocząc się z zapinką pod szyją. — Jeśli dobrze pamiętam, Majka, ty masz dzisiaj kwadrat sześćdziesiąt cztery. Moje koordynaty: zachodni brzeg jeziora, wzgórze siedem, wzgórze dwanaście. Szczegóły omówimy w czasie jazdy. Ciebie, Popow, poproszę o nadanie depesz, zostawiłem je na mostku. Łączność ze mną przez glider. Powrót o osiemnastej zero-zero. W razie opóźnienia uprzedzimy cię.

— Jasne — powiedziałem bez entuzjazmu. Nie spodobało mi się to gadanie o spóźnieniu. Majka w milczeniu ruszyła w stronę glidera. Komow poskromił wreszcie zapinkę, przesunął dłonią po piersi i poszedł za Majką. Van der Hoose ścisnął mnie za ramię.

— Jak najmniej wpatruj się w te pejzaże — poradził. — Siedź w domu i o ile to tylko możliwe czytaj sobie. Dbaj o swój woreczek żółciowy.

Bez pośpiechu władował się do glidera, usiadł w fotelu pilota i pomachał mi dłonią. Majka wreszcie pozwoliła sobie na uśmiech i też mi pomachała, Komow nie patrząc kiwnął głową, zasunął się odwietrznik i przestałem ich widzieć. Glider ruszył bezszelestnie, ostro wystartował do góry, błyskawicznie zamienił się w czarny, maleńki punkt i znikł, jakby go nigdy nie było. Zostałem sam.



2 из 150