
— To nie jest informacja, Jakub — mówił Komow. — Wiesz lepiej ode mnie, że istnieje określony schemat — stan statku, stan zwłok, przypuszczalne przyczyny katastrofy, obserwacje o szczególnym znaczeniu… i tak dalej.
— Tak, oczywiście — odpowiadał Van der Hoose. — Ale musisz się zgodzić, Giennadij, że ten schemat ma sens tylko na planetach aktywnych biologicznie. A w tej konkretnie sytuacji…
— W takim razie lepiej w ogóle niczego nie posyłać. W takim razie bierzmy glider, lećmy tam zaraz i jeszcze dzisiaj zredagujemy pełny raport…
Van der Hoose pokręcił głową.
— Nie, Giennadij, kategorycznie się nie zgadzam. Tego rodzaju komisja musi się składać minimum z trzech osób. A poza tym już jest ciemno i nie będziemy mieli żadnej możliwości, żeby dokładnie zbadać teren wypadku… a w ogóle takie rzeczy trzeba robić ze świeżą głową, a nie po całym dniu pracy. Jak sądzisz?
Komow zacisnął wąskie wargi i lekko postukał pięścią o stół.
— Ach, jak to wszystko nie w porę! — powiedział z irytacją.
— Takie rzeczy zawsze są nie w porę — pocieszył go Van der Hoose. — To nic, jutro rano polecimy tam we trójkę…
— Może dzisiaj w ogóle o niczym ich nie zawiadamiać? — przerwał Komow.
— Nie mam prawa — powiedział z żalem Van der Hoose. — Zresztą, dlaczego nie chcesz zawiadamiać?
Komow wstał, założył ręce do tyłu i spojrzał na Van der Hoosego z góry.
— Jak możesz tego nie rozumieć? — powiedział już z jawnym rozdrażnieniem. — Statek starego typu, nieznany statek, dziennik pokładowy nie wiadomo dlaczego starty… Jeżeli poślemy im meldunek w tym kształcie — złapał ze stołu kartkę i pomachał nią przed nosem Van der Hoosego — Sidorow pomyśli, że nie chcemy albo nie jesteśmy w stanie samodzielnie przeprowadzić ekspertyzy.
