
— A co potem? — zapytał łagodnie.
— Wtedy rozpoczniemy naszą prawdziwą misję.
— Często zastanawiałem się, na czym ona ma polegać. Jednoczenie i cywilizowanie naszego świata jest zaledwie środkiem; musicie przecież mieć jakiś cel. Czy kiedyś będziemy mogli wybrać się w Kosmos i zobaczyć wasz świat, może nawet pomóc wam w waszych wysiłkach?
— Można to tak ująć — odparł Karellen i w jego głosie dał się słyszeć wyraźny, choć niewytłumaczalny smutek, który dziwnie poruszył Stormgrena.
— Jednak przypuśćmy, że mimo wszystko wasz eksperyment z Człowiekiem nie powiedzie się? Takie przypadki miały miejsce na Ziemi, gdy bardziej rozwinięte cywilizacje nawiązywały kontakt z prymitywniejszymi.
— To prawda — powiedział Karellen tak cicho, że Stormgren ledwie go usłyszał. — I my mieliśmy swoje niepowodzenia.
— I co wtedy robicie?
— Czekamy i próbujemy ponownie.
Nastąpiła kilkusekundowa chwila milczenia. Kiedy Karellen znów przemówił, jego słowa były tak nieoczekiwane, że Stormgren nie od razu zareagował.
— Żegnaj, Rikki!
Karellen przechytrzył go, zapewne było już za późno. Paraliż Stormgrena trwał tylko moment. Jednym szybkim, wyćwiczonym ruchem wydobył latarkę i przycisną] ją do szkła.
Sosny schodziły niemal do samego jeziora, pozostawiając tylko wąski, kilkukłlometrowy pas trawy wzdłuż brzegu. Każdego wieczora, jeśli tylko było dość ciepło, Stormgren, nie zważając na swoje dziewięćdziesiąt lat, szedł tamtędy aż na molo, spoglądał na odbijające się w wodzie ostatnie promienie zachodzącego słońca i wracał do domu, zanim znad puszczy nadleciały podmuchy chłodniejszego wiatru. Ten prosty, codzienny rytuał dawał mu wiele satysfakcji i postanowił podtrzymywać go dopóki siły mu na to pozwolą.
