
– Dlaczego mogę śmiało spojrzeć ci w oczy? – wycierał twarz i wklepywał w nią wodę kolońską od Welzla. – Dlatego że nic się wczoraj nie wydarzyło. Zresztą nic nie pamiętam.
Służąca Marta Goczoll krzątała się po kuchni, jej mąż, kamerdyner Adalbert, stał wyprostowany jak struna, w jednej ręce trzymając ponad tuzin krawatów, w drugiej zaś – wieszak z garniturem i białą koszulą. Mock ubrał się w pośpiechu i zawiązał na szyi bordowy krawat. Marta wepchnęła jego gruby węzeł między sztywne skrzydła kołnierzyka. Mock z trudem wcisnął na opuchnięte stopy świeżo wypastowane przez Adalberta trzewiki, narzucił na ramiona jasny płaszcz z wielbłądziej wełny, włożył kapelusz i wyszedł z mieszkania. Na korytarzu zaczął łasić się do niego duży szpic. Mock pogłaskał psiaka. Jego właściciel, mecenas Patschkowsky, spojrzał z pogardą na swojego sąsiada wydzielającego, jak co dzień, alkoholowo-kolońskie wonie.
– Wczoraj w nocy były u pana straszne hałasy. Moja żona nie mogła zasnąć do rana – wycedził Patschkowsky.
– Tresowałem psa – wybełkotał Mock.
– Chyba własna żonę – monokl Patschkowskiego zabłysnął w żółtym świetle żarówki. – Myśli pan, że mu wszystko wolno? Ten pański pies lamentował ludzkim głosem.
– Niektóre bydlęta mówią ludzkim głosem na miesiąc przed Wigilią – Mock zapragnął zrzucić sąsiada ze schodów.
– Doprawdy? – Patschkowsky uniósł w zdziwieniu łuki brwi.
– Właśnie rozmawiam z jednym z nich.
Mecenas stanął jak skamieniały i wpatrywał się przez chwilę w przekrwione białka oczu Mocka. Potem zszedł powoli po schodach, zdobywając się na kolejne błyskotliwe „doprawdy?”.
Mock wrócił do mieszkania. Stwierdziwszy, że drzwi sypialni są zamknięte od wewnątrz, wtoczył się do kuchni. Adalbert i Marta siedzieli przy stole, mocno wylęknieni.
