Mock włożył jasny płaszcz, poprawił kapelusz i rozejrzał się po podwórku.

– Kim pani jest? – wysłał promienny uśmiech w stronę tłustej damy, która przestępowała z nogi na nogę.

– Ernst Rohmig, mistrz szewski – gorliwie przedstawił się niepytany suchotnik. Wzruszył ramionami, aby poprawić swoją skórzaną zbroję.

– Zarządca kamienicy – fuknęła dama. Jej tłuste włosy nawinięte na papiloty obłaziły z taniej farby. – Szybciej, drogi panie, myśli pan, że mogę tu stać w nieskończoność i zamartwiać się, ile będę musiała dopłacić sprzątaczce za umycie ściany, którą pan zabrudził?! Teraz proszę mi się przedstawić! Ja jestem Mathilde Kühn, plenipotent właściciela, a pan?

– Eberhard Mock, damski bokser – mruknął radca kryminalny, odwrócił się gwałtownie i wcisnął z powrotem do izdebki. – Ehlers, zrób tu porządek i pozbieraj wszystko, co ważne. Smolorz, przesłuchaj ich.

Powiedziawszy to, Mock pobiegł truchtem do sieni kamienicy, mijając Smolorza, który stał z przesłuchiwanymi pod jednym parasolem i próbował uniknąć jadu żmii i prątków gruźlicy. W bramie Mock pozdrowił doktora Lasariusa z policyjnej kostnicy, za którym wolnym krokiem szło dwóch ludzi z noszami.

Mock stanął przed domem i obserwował bezmyślnie duży już o tej porze ruch uliczny. Jakaś para młodych ludzi była tak w siebie zapatrzona, że nie zauważyła go. Młodzieniec potrącił niechcący radcę i natychmiast przeprosił, uchylając grzecznie kapelusza. Dziewczyna spojrzała na Mocka i szybko odwróciła poszarzałą od zmęczenia twarz. Rosemarie wyraźnie nie posłużyło nocne kołysanie dorożkarskiej budy.

Mock rozejrzał się dokoła i szybkim krokiem ruszył do kwiaciarni Apelta. W podmalowanych oczach pulchnej kwiaciarki dostrzegł cień zainteresowania. Zamówił kosz pięćdziesięciu herbacianych róż i polecił go przesłać na adres „Sophie Mock, Rehdigerplatz 2”. Na kremowym kartoniku, który kazał dołączyć do bukietu, wykaligrafował: „Nigdy więcej, Eberhard”, zapłacił i zostawił kwiaciarkę sam na sam ze wzrastającym zainteresowaniem.



16 из 264